Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
środa, 30 września 2026 09:23

Wrześniowy bohater - pilot Paweł Łuczyński

Podziel się
Oceń

Jedną z pierwszych akcji niemieckich sił zbrojnych podczas II wojny światowej było zbombardowanie Wielunia. Miało to miejsce w godzinach porannych 1 września 1939 roku. Atak Luftwaffe zakończył się zniszczeniem około 75% zabudowy w tej miejscowości (ze szpitalem i zabytkami włącznie) oraz śmiercią kilkuset mieszkańców. Tego rodzaju barbarzyństwu starali się przeciwdziałać polscy lotnicy. Wśród nich był urodzony 19 maja 1915 roku w Krajence, ppor. Paweł Łuczyński.

Nie dotarłem do informacji na temat dokładnej daty opuszczenia przez rodzinę Łuczyńskich miasta nad Głomią. Można wysnuć domniemanie, że nastąpiło to podczas wielkiej fali emigracji z Niemiec w granice II Rzeczypospolitej, która trwała w pierwszej połowie lat dwudziestych XX wieku. Znany jest za to kierunek wyjazdu, bo była nim Wielkopolska.

Rodzicami Pawła Łuczyńskiego byli Marceli i Katarzyna z domu Niemczyk. Można wysnuć domniemanie, że wychowywali oni swoje dzieci w duchu patriotycznym. Wskazuje na to m.in. historia Franciszka Łuczyńskiego (starszy brat Pawła), którego wojenne losy doprowadziły na Półwysep Apeniński (podczas wojny służył w 8. Batalionie Strzelców Karpackich).

Paweł Łuczyński dorastał w Chodzieży i tam też uczęszczał do Liceum Ogólnokształcącego. W 1934 roku zdał egzamin maturalny. Kolejnym krokiem w jego edukacji stało się ukończenie, z 14 wynikiem, Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie (1938) i przydział do 132 Eskadry Myśliwców (wchodziła w skład Armii Poznań). Jednostka wyposażona była w 10 samolotów PZL P.11C. Jej dowódcą był kpt. Franciszek Jastrzębski. Wymieniona eskadra podczas kampanii wrześniowej zestrzeliła łącznie 17 niemieckich samolotów. 

Według informacji zamieszczonej na tzw. "Liście Bajana", ppor. Paweł Łuczyński pierwsze zestrzelenie zaliczył 3 września 1939 roku. Wespół z dwoma innymi pilotami zniszczył średni bombowiec niemieckiej Luftwaffe - Heinkel He 111. Nieco inaczej pierwsze zestrzelenie opisuje Marius Emmerling – autor książki "Luftwaffe nad Polską". Według tego autora Łuczyński, startując z zasadzki Gębarzewo, dokonał zestrzelenia niemieckiego Dorniera Do-17 (a więc nie samolotu Heinkel He 111) dzień później, tj. w dniu 4 września 1939 roku. Kolejne trafienie miało miejsce 6 września. Startując w kluczu alarmowym z Osieka Małego, Łuczyński zestrzelił Dorniera Do-17. Do historii przeszła jego ostatnia walka, którą stoczył na polskim niebie w dniu 7 września 1939 roku. Po starciu z bombowcami w rejonie Sochaczewa polskie samoloty ścigały Dorniera Do-17, dowodzonego przez mjr. von Lossberga. Niemiec oddalał się w stronę granicy lotem koszącym. Po serii oddanej z samolotu polskiego pilota, niemiecki Do-17 zaczął dymić. Nie został jednak całkowicie zniszczony. Paweł Łuczyński kontynuował więc pościg.

Przebieg tej historii rodzi wiele znaków zapytania. Istnieją bowiem różne wersje przebiegu dalszej walki. Pierwsza mówi o tym, że w trakcie pogoni Łuczyński pochylił samolot w skręcie i zawadził o czubek korony drzewa, co doprowadziło do rozbicia jego PZL P.11C. Kolejna wersja, sporządzona przez tzw. "Komisję Bajana", podaje, że podczas potyczki na niebie polski pilot został zestrzelony ogniem strzelca pokładowego z Do-17. Ostatni ze znanych opisów pochodzi od krewnych osób, które miały styczność z Łuczyńskim tuż po rozbiciu się jego maszyny. Mowa o rodzinie Popłonikowskich, której przedstawiciele mieli również możliwość spotkania z Pawłem Łuczyńskim, gdy ten w 1992 roku odwiedził Polskę. Według ich słów (na podstawie relacji pilota), rozbicie PZL P.11C między wsiami Wrząca i Gruszczyce nastąpiło na skutek wcześniejszego samouszkodzenia maszyny przez Pawła Łuczyńskiego w wyniku prowadzonego przez niego intensywnego ostrzału lub trafienia samolotu przez nieprzyjaciela. Wykluczyli natomiast możliwość zahaczenia o drzewo jako przyczynę katastrofy.

Pawłowi Łuczyńskiemu udało się przeżyć upadek samolotu. Tak wspominał pierwsze chwile tuż po rozbiciu maszyny. "Gdy wróciła mi przytomność w rozbitym samolocie na polach pod Wrzącą, miałem zupełny zanik pamięci. Nie wiedziałem nawet, że była wojna. Tylko oczy, właściwie jedno oko, bo drugie było zamknięte, zaklejone krwią. Notuje obrazy i stwierdzam fakty. Tak dużo światła w kabinie i zamiast podłogi trawa. Nie ma silnika. Po jakimś czasie doszedłem do wniosku, że się rozbiłem. Zacząłem egzaminować siebie. Lewa ręka w porządku, prawa też się rusza. Lewa noga od kostki skręcona 90 stopni w prawo. Prawa wydaje się w porządku. W umyśle cały czas pytanie. Skąd się tutaj wziąłem".

Prawdopodobnie ppor. Łuczyńskiemu udało się przeżyć dzięki temu, że samolot spadł na pole. Istotny był również fakt, że okoliczni mieszkańcy, którzy obserwowali powietrzną walkę (Kazimierczak i Pawlik), wyciągnęli pilota z wraku i przewieźli do zabudowań Antoniego Popłonikowskiego. To właśnie tam udzielono mu fachowej pomocy medycznej (właściciel posesji podczas I wojny światowej był sanitariuszem, jego córka również miała pewną wiedzę medyczną). Po dwóch dniach rannego lotnika zabrali Niemcy i ulokowali w szpitalu. Przez okres okupacji przebywał w Oflagach: IV C Colditz, II A w Prenzlau oraz II E Neubrandenburg.

Po zakończeniu działań wojennych Paweł Łuczyński pozostał na terenie okupowanych Niemiec. Rozpoczął służbę w kompaniach wartowniczych, które podporządkowane były amerykańskim wojskom okupacyjnym. Warto podkreślić, że ich zasadniczy trzon stanowili żołnierze Brygady Świętokrzyskiej NSZ. Mowa tu o formacji, która po dramatycznym marszu przez Śląsk i Czechy dotarła do wojsk amerykańskich i podjęła z nimi współpracę. W trakcie służby w kompanii wartowniczej Paweł Łuczyński został m.in. dowódcą plutonu w kompanii 4011, a po awansie na stopień porucznika, otrzymał nominację na zastępcę dowódcy kompani 4011. W trakcie służby przyjął pseudonim "Longin", którego później używał również jako nazwiska.

W lipca 1947 roku Amerykanie przystąpili do likwidacji wszystkich polskich oddziałów. Wartownicy mieli zostać przeniesieni do specjalnych obozów. Alianci zaoferowali również jako alternatywę ciężką i niebezpieczną pracę w kopalniach węgla w Belgii i Holandii. Tego rodzaju decyzję miały podłoże nie tylko wojskowe i ekonomiczne, ale w głównej mierze stanowiły efekt nacisków komunistów z Moskwy i Warszawy (dotyczyły służby Polaków przy amerykańskiej armii). Rozgoryczenie i dramatyczną sytuację zwalnianych wartowników przy armiach amerykańskich ukazują słowa ks. Franciszka Wajdy – kapelana Kompanii Wartowniczych. Duchowny tak opisywał sytuację polskich żołnierzy: "odmawia się zwalnianym praw DP (od ang. displaced persons - osoby przemieszczone – określenie stosowane przez Aliantów wobec osób, które w „wyniku wojny znalazły się poza swoim państwem i chciały wrócić do swojego kraju, albo znaleźć nową ojczyznę, lecz bez udzielenia im pomocy uczynić tego nie mogły), nie chcą ich przyjmować do obozów cywilnych. Przy rozładowywaniu spokojnie, tylko w Bremie wielkie awantury. Spalenie koszar przez naszych, morderstwo na żołnierzu amerykańskim, bunty przeciw naszym oficerom tu i ówdzie […]. Liczni z kraju płyną całą falą (uciekając przed powojennym reżimem). Dla mnie straszny kłopot. Brak środków pomocowych. Przychodzą bez celu, szukają możliwości zaczepienia się przy tak biednych, jak oni Polakach. W ostatnich czasach wzmogły się samobójstwa wśród wartowników. Nie wytrzymują już i tak przeciągniętych nerwów”.

Decyzje amerykańskich czynników politycznych i wojskowych sprawiły, że pochodzący z Krajenki pilot podjął decyzję o opuszczeniu Europy. Ten radykalny krok był również następstwem utrwalenia się władzy komunistycznej na ziemiach polskich i braku perspektyw na zmianę tej sytuacji. Największe znaczenie prawdopodobnie miało jednak to, że jeszcze na terenie Niemiec Łuczyński zawarł związek małżeński z amerykanką Lio Piibelaan. Razem z nią w 1949 roku wyemigrował do USA. Przez wiele lat mieszkał w Bismark w Dakocie Północnej (USA) oraz w Niagara Falls. Zajmował się profesjonalnie fotografią. Do końca życia pielęgnował także swoją lotniczą pasję. Czynił to nie tylko jako członek Stowarzyszenia Lotników Polskich "Skrzydła Buffalo", ale także latał na swoim ultralekkim samolocie, i to jeszcze w wieku 80 lat. Paweł Longin-Łuczyński zmarł 23 stycznia 2007 roku w Niagara Falls. W chwili śmierci miał 91 lat. 

Kilka lat temu upamiętniłem Pawła Łuczyńskiego w Izbie Pamięci w Krajence. Wspomniałem o nim również w Zeszytach Historycznych Pilskich Dni Pamięci Żołnierzy Wyklętych. W tym kontekście cieszy fakt, że jego sylwetka została przedstawiona w pierwszym numerze komiksów (2021) wydanych przez Instytut Pamięci Narodowej. Rysunki do niego stworzyli uczniowie - laureaci poszczególnych edycji konkursu „Epizody z najnowszej historii Polski w komiksie”, organizowanego przez IPN. W przypadku Pawła Łuczyńskiego był to Wojciech Rajczak. Ten przykład pokazuje, że warto opowiadać o historii, że trafia ona także pod strzechy i wydaje piękne owoce.

Piotr Janusz Tomasz

(23 stycznia 2019, Krajenka)

kontakt:[email protected]

Pięknie dziękuję panu Grzegorzowi Sojda (niebeieska eskadra) za udostępnienie fotografii i niektórych materiałów.

 

Źródła: pod red. Paweł Skubisz, Polskie Oddziały Wartownicze przy armii amerykańskiej, IPN Szczecin 2016

Robert Kiełek, Paweł Łuczyński, www.niebieskaeskadra.pl

Program TVP Historia, Było nie minęło – zwiadowcy historii "Rodzinna tajemnica", www.vod.tvp.pl, (dostęp 15 grudnia 2018)

Materiały wspomnieniowe Pawła Łuczyńskiego otrzymane od pana Grzegorza Sojdy

Materiały Wojskowego Biura Historycznego


Napisz komentarz

Komentarze

Temperatura: 11°C Miasto: Złotów

Ciśnienie: 1029 hPa
Wiatr: 12 km/h

Reklama Marcin Porzucek - Poseł na Sejm RP
KOMENTARZE
Autor komentarza: Signum temporis Treść komentarza: Wraca insynuacja wypowiedziana przez Mariusza Szalbierza w roku 2006, że Janusz Lemanowicz uczestniczył w zabójstwie Ryszarda Winkowskiego. Ta enuncjacja ukazała się w Tygodniku Nowym za czasów, kiedy redaktorem naczelnym był właśnie Mariusz Szalbierz, wieśniak z Białośliwia. To przejaw kryminalnego hejtu ze strony mafijnego układu powiatowego zależnego od tuzów gospodarki smrodowej. Pomówiony zwrócił się do śledczych policji o zajęcie stanowiska w tym zgłoszeniu publicznym. Komenda Wojewódzka Policji odpowiedziała, że osoba pomówiona przez Szalbierza w prasie nie jest stroną postępowania w sprawie tego zabójstwa. Na jakiś czas pomawiacze ucichli, aż któregoś dnia jakaś kurew ze Złotowa, Orłowska wystąpiła na jakimś forum internetowym, że to nie stary Lemanowicz, a jego syn, który często balował na dyskotekach koło dworca, nagle zniknął, wyjechał do USA. I to on miał być sprawcą, czy współsprawcą zbrodni. Orłowska relacjonuje swoje myśli nieuczesane jak by była świadkiem balang dyskotekowych w czasie, gdy zginął Ryszard Winkowski. W tym czasie miała ona 12-13 lat. Ciekawe ile forsiastych facetów przeleciało w krzakach tego kurwiszona. Dzisiaj ponownie ten układ mafijno-kurewski wraca do fałszywego oskarżenia mieszając różne byty, różne zdarzenia i inkryminując znowu nielubianym obywatelom czyny zbrodnicze. To oni, ci pomawiacze są zbrodniarzami. Data dodania komentarza: 30.09.2026, 09:03 Źródło komentarza: Pilski internauta skazany prawomocnie. Mimo wyroku nadal prowadzi publiczne polemiki Autor komentarza: pytak Treść komentarza: Czy chodzi o Jarosław Lemanowicz ze Złotowa? Data dodania komentarza: 29.09.2026, 20:17 Źródło komentarza: Pilski internauta skazany prawomocnie. Mimo wyroku nadal prowadzi publiczne polemiki Autor komentarza: Franciszkanin Treść komentarza: A czy ktoś wie kiedy rusza proces ,,mieszkańca” Zakrzewa? Data dodania komentarza: 29.09.2026, 13:38 Źródło komentarza: Kardioznacznik i korpobełkot w atmosferze paraliżu i dzikiej owacji. Autor komentarza: Ryszard Treść komentarza: Panie Kamilu. Nie wiem co tam było wcześniej czy coś gasi czy nie gasi, ja odnoszę się do tego co widziałem na sesji. Strata siedmiu milionów jest bardzo duża strata jak również i te szwajcarskie co pan pisze ale jeżeli nie będziecie o tym pisać to ludzie o tym też nie będą wiedzieć. Każdego mieszkańca interesuje to co się dzieje teraz Jakie są perspektywy na przyszłość Ja również w ten sposób tak patrzę pomimo że rzadko oglądam sesję zaciekawiła mnie po prostu ta ostatnia o której pan pisał i widzę że jest tylko kilku radnych którzy zabierają głos a reszta siedzi jak strusie A czy to coś dobrego przyniesie to przyszłość pokażę Pozdrawiam Data dodania komentarza: 29.09.2026, 12:03 Źródło komentarza: Kardioznacznik i korpobełkot w atmosferze paraliżu i dzikiej owacji. Autor komentarza: Kamil Ceranowski Treść komentarza: Panie Ryszardzie, Cieszę się, że wraca Pan do tej dyskusji bo wyraźnie brakuje w niej pewnych przesłanek i faktów. Odpowiem Panu bezpośrednio i bez ogródek, bo zależy mi na jasnych zasadach. Sama utrata dotacji czy kwestia środków finansowych to nie jest dla nas nowość ani „nieodkryty temat”. Dla nas utrata tych milionów to po prostu bezpośrednia konsekwencja konkretnych działań i stylu sprawowania władzy, o którym na portalu pisaliśmy już wielokrotnie. Przypomnę tylko nasze artykuły o funduszach szwajcarskich, o całkowitym zaniechaniu obranego wcześniej kierunku czy wręcz całopaleniu dotychczasowych wysiłków i wyznaczonego kierunku miasta. Co do środków z ZIT: pieniądze te przecież nie przepadną bezpowrotnie w próżni. System jest skonstruowany tak, że trafiają one do obszaru zintegrowanego i gmina Złotów doskonale je wykorzysta. Wygrywa sprytniejszy, ale te fundusze nie przejdą bokiem tak, jak stało się to z funduszami szwajcarskimi. Piszemy o mechanizmach, wałkowanie samego faktu utraty środków po raz kolejny, byłoby po prostu powielaniem tego samego a nawet zaprzeczaniu postawionej wcześniej tezie schematu, o którym alarmowaliśmy już wcześniej. Bardzo sprytnie jednak przy tej okazji przywołał Pan nazwisko radnego Koronkiewicza, zupełnie pomijając fakt, że to przecież on jest jednym z ojców obecnego stanu rzeczy. W kontekście Pana zarzutów o polityczne układy wygląda to wręcz podręcznikowo. Mamy tu do czynienia z klasycznym zjawiskiem socjologicznym i politycznym: podpalacz przychodzi jako gapi na swój własny pożar, kręci głową z udawanym przejęciem i głośno narzeka: „Ojej, ale się narobiło! Jak tak w ogóle można?!”. Pamiętam ten cały proces niezwykle dokładnie, doskonale wiemy, co dokładnie działo się wówczas wewnątrz tego klubu i komitetu. Posiadamy wiedzę u samego źródła. Dlatego uważam, że ojciec tego politycznego projektu nie powinien teraz udawać zaskoczonego i krytykować swojego własnego „dziecka” w sensie politycznym, kiedy owoce jego dawnych decyzji właśnie zbieramy. Jako redakcja nie unikamy trudnych tematów. Nie budujemy jednak artykułów na zawołanie, ale chętnie udostępnimy Panu miejsce na własne przemyślenia. Wspomniany teraz, można powiedzieć wyciąga dokumenty, pisze interpelacje i próbuje reżyserować emocje mieszkańców na sesjach a tak na prawdę gasi pożar, który sam wzniecił. Bliżej wyborów opublikujemy coś więcej w tej sprawie. Pozdrawiam po sąsiedzku z Mickiewicza! Data dodania komentarza: 29.09.2026, 10:03 Źródło komentarza: Kardioznacznik i korpobełkot w atmosferze paraliżu i dzikiej owacji. Autor komentarza: PrzyPOminalski Treść komentarza: W nadchodzących wyborach trafnie określona ,,wypięta do góry, zbita na czerwono dupa" już nikogo nie urzeknie ani nie uwiedzie. Czas tanich sztuczek i politycznego kamuflażu bezpowrotnie minął. Szczególnie ci działacze, którzy przy tej okazji wykazali się tak spektakularną, wręcz systemową amnezją dotyczącą swojego kolegi z Jastrowia, będą musieli w końcu publicznie pokajać. Tej sprawy po prostu nie da się przeczekać. Mieszkańcy mają dobrą pamięć, a ten cały teatr od początku do końca po prostu zbyt mocno śmierdzi. Data dodania komentarza: 29.09.2026, 07:34 Źródło komentarza: Kardioznacznik i korpobełkot w atmosferze paraliżu i dzikiej owacji.