Zaczęło się standardowo: otrzymaliśmy informację o zatrzymaniu pedofila z branży gastronomiczno-rozrywkowej w Złotowie
Miasto od dawna huczało od plotek. Dlatego dla niektórych znawców lokalnego życia samo zatrzymanie nie było zaskoczeniem. Nie było też wielką tajemnicą, kto był jego bohaterem. Jednak temat pedofilii w naszym regionie spowszedniał już na tyle, że przestał szokować. Ponadto przyzwyczailiśmy się, że tego typu sprawy wymagają lat, zanim niecne uczynki wyjdą na światło dzienne, a ich sprawca trafi pod pręgierz wymiaru sprawiedliwości.
Tak było w przypadku głośnej sprawy z Jastrowia
Przypomnijmy, że ta lokalna afera miała szczególny wymiar. Przed sądem karnym stanął bowiem lokalny lider partii rządzącej. Znany i lubiany przez pewne środowiska, nie tylko polityczne. Na dowód wystarczy przywołać setki zdjęć zamieszczonych na jego profilu społecznościowym. Pozostały zresztą na nim do dziś. Kogo tam z nim widać? Politycy z pierwszych stron gazet, przedstawiciele lokalnego establishmentu, ludzie z tzw. świata kultury... Lista jest dość długa. Podobnie długo można by wymieniać osoby, które zdążyły już pousuwać te wspólne zdjęcia ze swoich profili społecznościowych.
Polityk trafił do więzienia. Sprawa jednak toczyła się dalej. Taka rola prawników. Wymiar sprawiedliwości to w pewnym stopniu przecież teatr. Rozpisane role: prokurator ma oskarżać, adwokat bronić. Ten ostatni nie ma związanych rąk. Ogranicza go tylko jedno: ma działać w interesie klienta. A jak to się ma do interesu społecznego? Takie pytanie można i należy postawić w każdej sprawie, w której w tle jest dobro dzieci.
Uchylenie wyroku wobec byłego działacza partii rządzącej w Polsce i regionie nie zmienia w żaden sposób faktu, że materiał dowodowy, na którym był oparty, wpłynął na skazanie go na wieloletnie więzienie. Co będzie dalej? Ta znana persona może teoretycznie wrócić do czynnej polityki i zapewne nie tylko do niej. Czy tak się stanie pokaże czas i, zreformowane przez obecnego ministra sprawiedliwości Żurka, sądownictwo. Czekamy zatem na jej epilog. Warto zaznaczyć, że czas który upłynął od czynów określonych w materiale dowodowym, przerwany rozpoczęciem procesu, płynie dalej. Na czyją korzyść? Zapewne nie tylko oskarżonego. Sprawa jest bowiem politycznie niewygodna. Już nawet sama dyskusja o niej wywołuje "pożary" w wiadomych środowiskach: wezwania, odwołania, pozorowane postępowania i groźby procesów. Jak daleko jest od słów do czynów wobec niezależnych mediów? Zobaczymy.
Kolejna afera i osoby straszaki
Zagłębie pedofilskie w powiecie złotowskim - takie komentarze pojawiły się po kolejnej naszej publikacji, w której opisywaliśmy zatrzymanie Grzegorza S. ze Złotowa. Krótko po zamieszczeniu artykułu zadzwonił także telefon. Nie było w nim jednak troski o bezpieczeństwo dzieci. Stanowczy kobiecy głos, zabarwiony chęcią konfrontacji, oznajmił nam: „To nieprawda! Nie macie prawa o tym pisać...!”.

Postawa wyraźnie obrończa. Nasze pytanie otwierające takie rozmowy (standardowa procedura i przy okazji informacja dla przyszłych interwenientów) pozostaje niezmienne: ,,Proszę się przedstawić. Kogo i w jakiej formie pan/pani reprezentuje? Należy bowiem ustalić, czy to rodzina, kochanka, konkubent, pełnomocnik z upoważnieniem, a może ofiara?”. To kluczowe rozróżnienie, czy są podstawy do dalszej dyskusji. Odpowiedzią na pytanie był jedynie sygnał zakończenia połączenia.
To nie był koniec reakcji na publikację, które oczywiście różniły się formą. Pomińmy w tym miejscu osoby-straszaki, które uporczywie informują nas o swoich nie tylko rodzinnych koneksjach (niektórych z nich tylko częściowo rozgrzesza fakt, że robią to zazwyczaj w stanie wywołanym wciągniętymi kreskami kokainy zalanymi wódką). Pomińmy też złotowskie celebrytki (zbieraczki lajków, "socialmedialnozbiórczynie") oraz kandydatki z kampanii samorządowej. Szczególnie te co straszyły nas kancelariami, precyzyjniej: „drogimi kancelariami”. Swoją drogą intrygujące jest, że w ich umysłach zabłądziła myśl, że te „droższe” specjalizują się w sprawach niedorzecznych i bezzasadnych. Wspólne żądanie tych osób jest jedno: nie wspominajcie, z kim, kiedy i w jakim celu kręcił się wśród naszej bohemy pedofil. Odcinamy się od tych wydarzeń. Pomińmy to wszystko, bo pisaliśmy już o absurdach takiego wymuszania zacierania historii w poprzednim artykule. Przejdźmy zatem dalej...

Analogia
Po pewnym czasie dotarły do nas szokujące wieści: "pedofil" znów widziany na ulicach Złotowa! Z taką informacją zadzwoniła do nas właścicielka lokalu usługowego, zniesmaczona i jednocześnie przerażona tym faktem. Poprosiła o niepodawanie nazwy firmy ani nazwiska. To akurat, znając lokalne realia, nie było zaskoczeniem. W trakcie rozmowy relacjonowała, że "przyszedł do mnie jakby nigdy nic. Powiedział, że mam dalej brać od niego ciasto, że teraz będzie miał też sushi. Byłam w szoku, nie pamiętam nawet, co mu odpowiedziałam”. Dostaliśmy też kolejny sygnał, ktoś wspomniał, że otworzył lokal w mieście i wraca do gry na lokalnym podwórku. Wyszedł znaczy jest niewinny?

Wiele znanych w Złotowie i okolicy postaci przyjęło taki właśnie tok rozumowania. "Pecunia non olet" - pieniądz nie śmierdzi - jak mówił pewien rzymski cesarz. Komuś może nie pasować w tym miejscu ta maksyma, która rzecz jasna odnosi się do czynności związanej z dość nieprzyjemnym zapachem. Nie przeszkadzał on z pewnością niektórym mieszkańcom regionu. Stąd wznowienie współpracy w imię biznesu. Obok tego zaczęło się też pojawiać "żebractwo i zbieractwo". To domena niektórych lokalnych autorytetów - taka niby charytatywność, a w rzeczywistości interes jak każdy inny. Oczywiście znamy nazwiska tych wszystkich, którzy podjęli współpracę. Dobrze rozumiemy też modus operandi "pedofila", który zabiegał o powrót do "towarzystwa". Przeraża natomiast, że "towarzystwo" tak łatwo przystało na wznowienie z nim stosunków biznesowo-towarzyskich. Nie będziemy tego piętnować ani nic sugerować. Niechaj przedstawiciele tej "elity" z tym żyją, a jeśli przyjdzie jakaś refleksja to może zderzą się z własnym sumieniem. To ostatnie jest naiwnym życzeniem, bo bardziej prawdopodobne jest to, że będą podążać do „drogich kancelarii”.
Najlepsze, a raczej najgorsze miało dopiero nadejść
Dostaliśmy sygnał od redakcji z Kujaw: „Obserwujemy waszego pedofila ze Złotowa. Pisaliście o nim. Działa szeroko i aktywnie w sieci". To była szokująca informacja, mimo że na naszych łamach temat pedofilii w regionie pojawia się względnie często. Między innymi pisaliśmy o Jastrowiu oraz także części tej sprawy, stąd niczemu nie powinniśmy się dziwić. Rozmowa z redakcją z Kujaw była jednak szokująca. Nastąpiła wymiana wiedzy, bo w takich przypadkach nie wolno kierować się egoizmem dziennikarskim, który nakazuje zachować temat dla siebie. Dowiadujemy się rzeczy trudnych do zaakceptowania. Nawet scenarzysta filmów grozy nie przyjąłby historii za wiarygodną, uznając za zbyt mocno przerysowaną, niemożliwą nawet w filmie o nadętej fabule. Nie dla nas jednak "milczenie owiec". Monitorowaliśmy więc sprawę dyskretnie, trzymając w ciszy czego się dowiedzieliśmy. To było jednak bardzo trudne, przysłowiowy scyzoryk otwierał się w kieszeni.
W tym miejscu przeniesiemy się do opowieści o bohaterce. Dla jej bezpieczeństwa napiszemy, że pochodzi z Inowrocławia, choć nazwa ta, celowo zakamuflowana, maskuje jej prawdziwe miejsce zamieszkania. Historia pani Martyny wypełni lukę w tej okropnej opowieści. Wybraliśmy tylko fragmenty, bo wielokrotnie słyszymy, że nasze publikacje są zbyt długie. Wystarczą jednak dla zobrazowania procederu, który u normalnego człowieka budzi odruch wymiotny. Te fragmenty korespondencji Martyny, podkreślmy z różnych okresów, ukazują również wyrafinowane metody jakie sprawca stosował w zdobywaniu zapewne podniecających go materiałów.
Martyna (fragment nr 1)
„Nie pamiętam dokładnie dnia, [...] miałyśmy babski wieczór i stwierdziłam z koleżankami, że porobimy sobie zabawę. Koleżanka miała fotkę.pl (przyp. red. wedle hasła dostawcy usług-portal społecznościowy do poznawania nowych znajomych, czatowania, flirtowania) więc weszła i pisałyśmy z chłopakami. Nagle odezwał się Grzegorz S.: „Hej, hej” i się zaczęło...
Wypytywał nas, czy koleżanka ma dziecko, ile lat ma córka, czy nie chciałaby zarobić!? Od razu mi się lampka zapaliła, że coś jest nie tak. Zaproponowałam mu, że najlepiej będzie, jak się przeniesiemy na aplikację WhatsApp (przyp. red. komunikator do rozmów, przesyłania wideo i plików, transmisji wideo; dostawca zapewnia prywatność komunikacji). Podałam mu swój osobisty numer i zaczęłam ciągnąć rozmowę. Grzegorz S. pisał tak skrycie, jakby nie mógł za dużo napisać, że ma propozycję i płaci 2 tysiące na początek, że ona (propozycja) jest nielegalna, ale więcej mi powie później...
No i te „później” nastąpiło na drugi dzień. Napisał, czy zgadzam się na propozycję. Zgodziłam się i czekałam, co to będzie. Nagle przyszła wiadomość: „Zapłacę ci 2 tysiące, jak zabawisz się z córką i wyślesz mi to”. Od razu stwierdziłam: „K...a, pedofil”. Rozmowę ciągnęłam dalej, a w międzyczasie wezwałam policję.
Rozmowa telefoniczna z Grzegorzem S.
– Słuchaj, ja płacę 2 tys., napiszę ci za chwilę w podpunktach, co masz zrobić. Ile córka ma lat?
– 2-latka.
– Ooo, super, idealnie!
Czekałam na tę wiadomość, no i przyszła. Szok wielki, nie zapomnę tego nigdy!
„Oto co masz zrobić z córką”:
– Włóż jej palec w... Jeśli będzie płakać, to mocniej. Jeśli dalej będzie płakać, to włóż sobie palec w... i następnie córce do buzi. Nagrywaj to i mi wysyłaj lub na kamerkę, to będę ci mówił, co masz robić. Zrób zdjęcia jej... bliskie i mi wyślij.
„Czytałam i nie dowierzałam. Zrobiłam zdjęcia tych wiadomości i czekałam dalej na policję. W międzyczasie zadzwoniła pani z komendy, że mam ciągnąć rozmowę, żeby jak najwięcej uzyskać, że nawet jak by przelał 1 zł, będzie dobrze, bo będą dane.
Po 15 minutach dzwonił Grzegorz S., czy się zgadzam. Na szczęście w trakcie dotarła policja i słuchali. Grzegorz S. ponownie mi tłumaczył, co i jak. Jak zaczęłam ciągnąć go za język, prosić o przelew, zamilkł i się rozłączył. Po chwili napisał mi, że nie przeleje „ot, tak sobie”, że inne matki zgadzały się i kasę brały po wszystkim. Pisał i rozmawiał tak, jakby już to wielokrotnie robił w przeszłości.
Martyna (fragment nr 2)
Sprawa została zgłoszona i ruszyło wszystko. Dostałam pisma, że w domu zabezpieczono 24 różne rzeczy typu telefony, laptopy, nośniki. Byłam na sprawie w wideokonferencji w sądzie. Jego mina, wyraz twarzy – tak, jakby nie miał nic sobie do zarzucenia. Jeszcze wcześniej przyszło pismo, że pił, brał, ale poddał się leczeniu. W sądzie opowiedziałam wszystko. Oskarżony Grzegorz. S spuścił tylko głowę, nic nie powiedział, milczał z takim dziwnym uśmiechem, ten uśmiech był najgorszy z tego wszystkiego.
Tam było 5 telefonów, 2 laptopy, dyski twarde – sztuk nie pamiętam, pen drive’y było chyba z 8 sztuk. Nie wiem jakie były tam treści, są odrębne postepowania. Nie byłam też na wszystkie rozprawy wzywana.
Ciężko mi było to wszystko zapamiętać, tym bardziej, że to długo się ciągnęło. Na sprawie sądowej ostatecznej, gdzie ja byłam, bo to była wideokonferencja ze mną, nie bronił się wcale przy moich zeznaniach, nic a nic. Miał dwóch adwokatów, którzy też milczeli, nie mieli pytań do mnie. Większość pytań zadawał prokurator, który miał dowody w postaci moich pierwszych zeznań, zdjęć z nagrań i tego, że G.S. się przyznał, że to miało miejsce, bo pił i brał. To jednak go dalej nie tłumaczyło.
Martyna (fragment nr 3)
Osobiście zaczęłam go śledzić i sprawdzać w różnych portalach. Znalazłam go jeszcze na fotce.pl pod różnymi nickami, ale zdjęcia te same, różne lokalizacje. Czyli ciągnął to dalej...
Martyna (fragment nr 4)
Jak ja czytałam, co on pisał do mnie, to był dla mnie szok. Później po numerze telefonu sprawdziłam go w Google, okazało się, że prowadził warsztaty w Złotowie, dzieci brały w tym udział. Patrząc na jego wzrok ze zdjęć z dziećmi i pamiętając jego wzrok z rozmowy na video, jak ze mną rozmawiał, to był ten sam wzrok, zimny, pusty i cieszący się, słuchając i patrząc na dzieci. Dzięki rozmowie video zrobiłam zdjęcie ekranu i jego twarzy, co też pomogło policji.
Mam nadzieję, że ludzie, zamiast siedzieć bezczynnie wezmą przykład ze mnie. Czasami wystarczy chwila poświęconego czasu, żeby uratować dziecko, swoje i innych. Najgorsze jest to, że patrząc na niego, wiem, że on wyjdzie i dalej będzie próbował to robić. Nie mogę pojąć, jak jego partnerka może dalej być, czekać, bronić go, dla mnie jest tak samo winna.
Epilog
Grzegorz S siedział w areszcie przez 5 miesięcy. Odosobnienie zostało uchylone we wrześniu 2025 roku. Odpowiadał więc z wolnej stopy! Sprawa trafiła do Sądu Rejonowego w Złotowie pod sygnaturą II K 409/24. Prezes Sądu Rejonowego w Złotowie sędzia Tomasz Wałczuk potwierdził (w piśmie skierowanym 10 marca 2026 r. do naszej redakcji) prawomocność wyroku zapadłego 23 lipca 2025 roku (wydanego przez asesora Karola Dosza). Jest on prawomocny od 17 grudnia 2025 roku! Na jego mocy Grzegorz S ze Złotowa otrzymał 2 lata i 2 miesiące pozbawienia wolności.
Warto podkreślić, że na poczet kary zaliczono mu areszt tymczasowy (trwał od 24 kwietnia 2024 do13 września 2024), co oznacza przewidywane wyjście z zakładu karnego 4 listopada 2027 r. Sąd orzekł dodatkowe środki karne: 10 tys. zł na Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym, 7-letni zakaz pracy z małoletnimi (edukacja, opieka, leczenie), 5-letni zakaz zbliżania się do pokrzywdzonej (min. 50 m) i kontaktu, oraz przepadek telefonu komórkowego.
Właściwe postępowanie jednej osoby przełamało mur milczenia. Czy wyrok sądu będzie miał charakter odstraszający? Oceńcie Państwo sami.
Warto jednak zauważyć, że czas płynie szybko. Odliczanie trwa od 24 września 2024 roku – to wtedy skazany trafił do aresztu. Na poczet kary zaliczono mu więc 4 miesiące i 20 dni już odbytego pozbawienia wolności. W polskim systemie prawnym skazany może ubiegać się o warunkowe przedterminowe zwolnienie po odbyciu co najmniej połowy kary (art. 77 § 1 Kodeksu karnego). W przypadku kary 2 lat i 2 miesięcy (łącznie 26 miesięcy) minimalny okres uprawniający do złożenia takiego wniosku wynosi 13 miesięcy. Od tego okresu należy odjąć wskazane 4 miesiące i 20 dni.
Przewidywany koniec wykonywania kary przypada w tym przypadku na 4 listopada 2027 roku. O warunkowe przedterminowe zwolnienie skazany będzie się mógł ubiegać się około 13 miesięcy przed tą datą, czyli w przybliżeniu w październiku 2026 roku. Samo spełnienie wymogu czasowego nie gwarantuje jednak zwolnienia – sąd penitencjarny ocenia m.in. postawę skazanego, przebieg odbywania kary oraz prognozę kryminologiczną.
W obu tych perspektywach czasu niewiele pozostaje miejsca na utratę czujności. Uważajcie na dzieci i zgłaszajcie wszelkie tego typu przypadki na policję. Także do naszej redakcji. Nie boimy się bowiem "drogich kancelarii".











Napisz komentarz
Komentarze