Bestia z Łobżenicy, czyli na Krajnie za Niemca (cz. 15)

  • 07.10.2021, 00:37 (aktualizacja 07.10.2021, 21:09)
  • Piotr Tomasz

Podziel się:

Oceń:

Bestia z Łobżenicy, czyli na Krajnie za Niemca (cz. 15) Członkowie Selbstschutzu z Łobżenicy
Był jednym z najokrutniejszych zbrodniarzy na Krajnie w okresie II wojny światowej. Kazał rozerwać kobietę żywcem, inną zamordował chwilę po porodzie. Dopuścił się tez kilku gwałtów. Miał swój udział w torturowaniu i zabójstwie kilkudziesięciu osób. Okradał ludzi z ich dobytku. Lista jego zbrodni i ofiar jest bardzo długa. Znajdują się na niej także osoby noszące moje nazwisko. Kilka lat po wojnie zawisł na szubienicy. Czy spotkała go sprawiedliwa kara? Czy wobec takiej osoby można poczuć chociaż gram współczucia?

Dzieje Harrego Schultza nie są proste do odtworzenia. Pozostawione dokumenty archiwalne zawierają bowiem wiele sprzecznych informacji. W miarę pewnym faktem jest to, że Schultz przyszedł na świat 20 kwietnia 1910 roku w Łodzi. Rodzicami byli prawdopodobnie Ernest i Laura z domu Bohme. Tego rodzaju informacja została zawarta w niemieckich aktach z 1940 roku. Natomiast w dokumentach sądowych z 1953 roku jako rodzice widnieją Ernest i Ludwika z Radzikowskich. Można wysnuć domniemanie, że pierwsza z wymienionych kobiet była w rzeczywistości matką Harrego. Natomiast dane osobowe drugiej z nich stanowiły formę kamuflażu dla ukrywającego się po zakończeniu II wojny światowej zbrodniarza.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, Schultzowie, którzy byli niemieckimi protestantami, nie zdecydowali się na opuszczenie Łodzi. W związku z tym Harry dorastał jako obywatel II Rzeczpospolitej. Szlifował język polski oraz poznawał polską kulturę i historię. Jego młodzieńczemu rozwojowi sprzyjało zwłaszcza to, że wychowywał się w rodzinie inteligenckiej, której status materialny pozwalał na w miarę dostatnie życie. W połowie lat dwudziestych XX wieku nastąpiła jednak diametralna zmiana sytuacji. Stało się tak za sprawą Ernesta Schultza - ojca Harrego, który zdecydował się na rozwód z żoną i opuścił swoich bliskich.

Rozstanie rodziców miało brzemienne skutki dla Harrego Schultza, który musiał zakończyć naukę na etapie kilku klas gimnazjum i podjąć zatrudnienie. Pracował w różnych zawodach. Czasami wymagających wykazania się znacznymi zdolnościami intelektualnymi. Przykładem stanowisko księgowego. Interesujący jest fakt, zwłaszcza w kontekście jego późniejszych antysemickich zachowań, że świadczył pracę jako agent na rzecz żydowskiej firmy, która handlowała materiałami włókienniczymi. Według powojennej relacji Schultza, reprezentował ją m.in. na terenie Wolnego Miasta Gdańska, a oferowane towary kupowali nawet naziści.

Na Pomorzu Harry Schultz miał zapewne okazję obserwować zachowania zwolenników lewicy spod znaku "hakenkreuza". Być może nawiązał też pierwsze kontakty z nazistami. Niewykluczone, że to właśnie wówczas poznał młodego Limburga Striuma z Chlebna, który był gorącym zwolennikiem Hitlera. Ten niemiecki hrabia miał liczne posiadłości na Krajnie. W tym miejscu należy wyjaśnić, że mowa o regionie geograficzno-historycznym, którego granice wyznaczają rzeki: Debrzynka, Kamionka, Orla (od północy), Noteć (od południa), Gwda (od zachodu) i Brda (od wschodu). Po I wojnie światowej obszar ten podzielony został na dwie części. Zachodnia (m.in. Złotów, Krajenka, Zakrzewo) została włączona do Niemiec. Wschodnia zaś (m.in. Łobżenica, Więcbork, Sępólno Krajeńskie) przypadła Polsce. W tym drugim przypadku na niekorzyść II Rzeczpospolitej przemawiało to, że gro ziem wschodniej części Krajny pozostawała de facto w rękach wielkich obszarników o niemieckim rodowodzie. Jednym z nich był właśnie Limburg Strium z Chlebna, który w sierpniu 1938 roku zatrudnił Harrego Schultza na stanowisku buchaltera w młynie Rataje koło Łobżenicy. Należy dodać, że w dokumentach archiwalnych znajduje się również informacja, że objęcie posady stanowiło następstwo odpowiedzi na ogłoszenie o naborze.

Można wysnuć domniemanie, że przyjazd Schultza na Krajnę nie był przypadkowy i chodziło o wzmocnienie tzw. „V kolumny” w regionie Łobżenicy. Zaangażowanie Schultza w działalność wywrotową potwierdza m.in. fakt, że w drugiej połowie sierpnia 1939 roku, czyli na krótko przed wybuchem wojny, wraz z hrabią Limburgiem Striumem oraz Hubertem Janowitzem (leśniczy z Chlebna) uciekł na teren III Rzeszy. Powodem tego kroku była groźba aresztowania przez polskie władze. Niemcy nielegalnie przekroczyli granicę na terenie leśnym sąsiadującym bezpośrednio z ziemiami Kreis Flatow. Następnie udali się do niemieckiego posterunku granicznego. Stamtąd o fakcie ucieczki został poinformowany telefonicznie Fritz Ackmman – starosta złotowski, który wysłał po niemieckich zbiegów samochód. Hrabia Limburg Strium został jego honorowym gościem. Pozostałych uciekinierów rozlokowano na prywatnych kwaterach. Harry Schultz zamieszkał u ks. Józefa Schultza ze Złotowa. Należy zaznaczyć, że duchowny nie był jego krewnym.

Nad ranem 1 września 1939 roku wybuchła II wojna światowa. Moment ten poprzedziły nocne ataki niemieckich bojówkarzy na polskie posterunki Straży Granicznej. Tego rodzaju zdarzenie miało miejsce m.in. w Walentynowie niedaleko Łobżenicy. Sama wieś została zajęta przez wojska niemieckie około 5 nad ranem. Należy zaznaczyć, że w tej części Krajny nie dochodziło do większych walk. Operowały tu jedynie niewielkie polskie jednostki wojskowe. Przykładem żołnierze z Luchowa, którzy w chwili wkroczenia wojsk niemieckich wysadzili niewielki most na Kocuni w pobliżu granicy. Później zatrzymali się w Sanktuarium Maryjnym w Górce Klasztornej, by wykonać rozkaz ewakuacji przebywających w klasztorze osób. Próba ta zakończyła się jednak niepowodzeniem. Kolejka wąskotorowa, którą ewakuowani jechali z Łobżenicy w kierunku Nakła nad Notecią, została zatrzymana w Radziczu przez niemieckie wojska. Jeden z polskich żołnierzy został zastrzelony podczas próby ucieczki. Inni członkowie jego oddziału zostali wzięci do niewoli. Natomiast cywilnych podróżnych zwolniono z nakazem udania się do miejsc zamieszkania.

W pierwszych godzinach II wojny światowej na spontaniczną ucieczkę zdecydowało się wielu polskich mieszkańców Krajny. Siłą rzeczy osoby te pozostawiały na miejscu cały swój dobytek. Ten stawał się łupem niektórych niemieckich sąsiadów. W tego rodzaju działalność wpisał się również Harry Schultz, który na teren Łobżenicy powrócił tuż za wkraczającymi wojskami Wehrmachtu. To właśnie dzięki niemu zagarnięte zwierzęta spędzone zostały do majątku hrabiego Limburga Striuma w Chlebnie. Schultz uczestniczył również w rekwirowaniu żywności należącej do polskich uciekinierów. Została ona przekazana pastorowi z Łobżenicy i rozdysponowana wśród miejscowych Niemców.

Po zajęciu Krajny przez Wehrmacht zarządzanie objęła niemiecka administracja wojskowa, która dość szybko zastąpiona została przez jej cywilny odpowiednik. Spontanicznie powstawały również oddziały tzw. Selbstschutzu (samoobrona), które z założenia miały zapewnić bezpieczeństwo miejscowym Niemcom oraz chronić budynki użyteczności publicznej. W praktyce jednak jego głównym celem nie było odgrywanie roli quasi policji, ale wspomaganie niemieckiej Policji Bezpieczeństwa (SS) w eksterminacji Polaków uznanych za wrogów III Rzeszy. Bardzo często przy tej okazji członkowie Selbstschutzu załatwiali swoje porachunki sąsiedzkie. Na przykład poprzez mordy „zamykali” zobowiązania finansowe względem Polaków. Warto wspomnieć, że w skali ogólnej była to dość powszechna organizacja. Świadczy o tym chociażby fakt, że co dziesiąty obywatel II Rzeczpospolitej niemieckiego pochodzenia był członkiem tej paramilitarnej organizacji, a co trzeci z nich posiadał wyższe wykształcenie!

Powiatowym komendantem Selbstschutzu w powiecie wyrzyskim był Kreisfuhrer Werner Kopenick, absolwent szkoły ekonomicznej w Chodzieży, były pracownik banku w Wyrzysku. Wspomagał go SS-Obersturmfuhrer Erich Lupprian z Nakła nad Notecią, który z zawodu był nauczycielem. Warto wspomnieć, że wcześniej pełnił on służbę w niemieckim obozie koncentracyjnym w Dachau. Był to nie tylko „polakożerca”, ale również wielki wróg wiary katolickiej. Głosił i realizował typowy dla lewicy program. Między innymi usuwał nauczycieli religii ze szkół oraz zabraniał swoim podwładnym zawierania ślubów kościelnych. Siedziba powiatowych struktur Selbstschutzu w powiecie wyrzyskim umiejscowiona była w Nakle nad Notecią. Dalej organizacja ta dzieliła się na okręgi. Jeden z nich powołany został w pierwszych dniach września w Łobżenicy. Jego szefem został Hermann Seehaver – z zawodu dentysta. Podlegał mu bezpośrednio Harry Schultz (jako zastępca) oraz inni członkowie Selbstschutzu z tego terenu.

Preludium do zbrodniczej działalności łobżenickiego Selbstschutzu stanowiło zorganizowanie więzienia. Funkcję z-cy naczelnika pełnił w nim Harry Schultz. Początkowo trafiali do niego Polacy, którzy uciekli z tej części Krajny po wybuchu wojny i po pewnym czasie zdecydowali się na powrót do swoich domów. Osoby te były zatrzymywane i przesłuchiwane na terenie więzienia głównie przez Seehavera i Schultza, którzy próbowali wymusić na nich złożenie deklaracji, że brali czynny udział w tzw. „Krwawej niedzieli” w Bydgoszczy. Należy nadmienić, że w ten sposób nazistowska propaganda określała wydarzenia, które wiązały się ze śmiercią głównie członków niemieckiej V kolumny. Tym też, tj. śmiercią niemieckich osób cywilnych w pierwszych godzinach wojny, usprawiedliwiała późniejsze zbrodnie dokonywane na Polakach na Pomorzu.

Podczas przesłuchania standardowo okładano polskie ofiary bykowcami. Zazwyczaj do utraty przytomności. Niektórym wybijano zęby lub uszkadzano inne części ciała. Niemcy z Selbstschutzu stosowali też wymyślne tortury. Przykładem podwieszanie na belce pod sufitem z wykręconymi do tyłu rękoma. Los aresztowanych przez łobżenicki Selbstschutz bywał różny. Z poprzecinaną i posiniaczoną skórą, broczący krwią, wracali z powrotem do celi. Następnie niektórzy z nich trafiali na miejsce egzekucji. Inni byli przewożeni do Nakła lub w nieznanym kierunku. Byli też tacy, którzy odzyskiwali wolność. Grono aresztowanych z czasem uległo poszerzeniu. Mowa w tym miejscu głównie o przedstawicielach polskiej klasy przywódczej (nauczyciele, księża, urzędnicy) oraz osobach subiektywnie uznanych za wrogów III Rzeszy.

Trudno określić dokładny moment, w którym Harry Schultz osiągnął status zimnego mordercy. Być może pierwsze kroki w tym kierunku poczynił przy Kreisfuhrerze Wernerze Kopenicku. To właśnie on na początku września 1939 roku przeprowadził w obecności Schultza egzekucję Polaków. Odbyła się ona w piwnicy więzienia w Łobżenicy. Katem był sam Kreisfuhrer Kopenick, który strzelał ofiarom w tył głowy. Robił to jednak na tyle nieudolnie, że jedna z osób przeżyła. Po ponownym zejściu do piwnicy więzienia, Niemcy zostali zaatakowani przez ciężko ranną ofiarę. Jej los był jednak przesądzony. Kata poprawił kolbą karabinową strażnik Reissdorf. Niewykluczone, że pierwszym mordem dokonanym już z aktywnym udziałem Schultza było rozstrzelanie 18 września 1939 roku sześciu polskich gospodarzy ze wsi Witrogoszcz. Po nim nastąpiły kolejne. Sprzyjała temu globalna polityka prowadzona ze strony Niemiec i Sowietów, której celem była eksterminacja członków narodu polskiego.

Dzień 28 września 1939 r. to tragiczna data w historii Polski. Kojarzy się bowiem z paktem między III Rzeszą a ZSRR o granicach i przyjaźni granicy niemiecko-sowieckiej na okupowanym terytorium Polski. Dla wschodniej Krajny równie katastrofalny wymiar mają 8 i 12 października 1939 roku, kiedy to Adolf Hitler dwoma dekretami – jednostronnie wcielił zachodnie terytoria II Rzeczpospolitej do III Rzeszy. Należy też wspomnieć o wytycznych Himmlera z 7 października 1939 roku, które uporządkowało funkcjonowanie Selbstschutzu (m.in. poprzez nadanie mu uprawnień o charakterze policyjnym). Wspomniane akty prawne dały „zielone światło” do jeszcze większych represji, których celem było sterroryzowanie, wyniszczenie psychiczne oraz fizyczne Polaków. Także na Krajnie niemiecki terror narastał z każdą godziną. Wraz z nim degeneracja Schultza i jego podwładnych z Selbstschutzu.

Niestety trudno przedstawić chronologicznie wszystkie mordy dokonane z udziałem łobżenickich zbrodniarzy. Wynika to z faktu, że gro z nich zostało opisane dopiero po upływie czternastu lat od tragicznych wydarzeń. Miało to miejsce podczas procesu Harrego Schultza. Znamy niektóre miejsca kaźni, na których swój stempel postawił ten niemiecki zbrodniarz. Były to: więzienie i cmentarz żydowski w Łobżenicy, pola w pobliżu łobżenickiej strzelnicy (należącej do bractwa kurkowego) oraz miejscowości Rataje, lasy koło rzeki Łobzonka i Piesna, Górka Klasztorna oraz piachy Paterka. Szacunkowa liczba jego ofiar to blisko 200 osób. Interesujący jest fakt, że niemal co trzecia z nich należała do stanu duchownego. Udział Schultza w zbrodniach był oczywiście różny. Czasami był katem, innym razem nakazywał dokonanie mordów swoim podwładnym. Ofiary ginęły w pojedynczych egzekucjach lub były zabijane zbiorowo. Prawdopodobnie pierwszym masowym mordem dokonanym pod rozkazami Schultza było rozstrzelanie kilkunastu mężczyzn i dwóch kobiet. Egzekucja odbyła się w październiku 1939 roku około 1.5 kilometra od Łobżenicy (niedaleko drogi prowadzącej do Złotowa).

Harry Schultz był nie tylko mordercą, sadystą i złodziejem. Dopuszczał się również czynów lubieżnych. W tym miejscu należy wspomnieć, że gwałty volksdeutschów na polskich kobietach, mimo że formalnie były zabronione, zdarzały się jesienią 1939 roku nie tylko na Krajnie. Podłożem tego rodzaju czynów była rzecz jasna chęć zaspokojenia popędu seksualnego. Obok tego stanowiły one również formę demonstracji, że zapanował nowy ład społeczny, w którym Niemcy są rasą panów i wolno im wszystko. Tak też zapewne uważał Harry Schultz. Świadczą o tym jego własne słowa, które wypowiedział do jednej ze swoich przyszłych ofiar. Brzmiały one mniej więcej tak: „Twoja rasa musi zostać zniszczona i my mamy do tego prawo, nie awanturuj się i oddaj po dobroci”. Oczywiście Schultz nie stosował tego rodzaju perswazji zbyt często i brał swoje ofiary siłą bez zbytnich ceregieli. Co więcej, gwałcił kobiety nawet w obecności domowników. Nie było dla niego przy tym przeszkodą, że niektóre z ofiar były nieletnie. Szczególnie brutalnie traktował zwłaszcza więźniarki, co skutkowało np. uszkodzeniem dróg rodnych zgwałconych kobiet.

W parze z galopującą degeneracją Harrego Schultza szły jego awanse w strukturze Selbschutzu. Pod koniec października 1939 roku został komendantem obozu w Górce Klasztornej. Po zajęciu klasztoru przez Selbstchutz, spalono bibliotekę, naczynia liturgiczne skradziono, a podczas nocnych libacji alkoholowych strzelano do krzyży i sarkofagów w krypcie klasztornej. Na terenie tego najstarszego Sanktuarium Maryjnego w Polsce Harry Schultz i jego kompani z Selbstschutzu osiągnęli apogeum swojej zbrodniczej działalności. Ich ofiarami byli duchowni, świeccy, Polacy, Żydzi, mężczyźni, kobiety, dzieci. Znany jest częściowo skład załogi obozu. Należeli do niej: Edward Rux (z Luchowa), Walter Hahnfeldt (z Łobżenicy), Karl Franke (z Łobżenicy), Alfred Karau (z Łobżenicy), Ehrenfried Keller (z Łobżenicy), Egon Karau (z Łobżenicy), Harry Schultz (komendant), Kurt Ziemer (z Luchowa), Hubert Jahr (z Witrogoszczy), Hubert Janowitz (z Chlebna), Heinz Schleif (z Witrogoszczy).

Utworzenie obozu rozpoczęło się od internowania przebywającego w Górce Klasztornej duchowieństwa. Podlegało ono specjalnemu reżimowi. Za jego nieprzestrzeganie duchowni byli okładani biczami, których producentem był rymarz Krieger z Łobżenicy (oprawiane były w łańcuszki lub opatrzone w żelazne kulki). Rygor obozowy rozpoczynał się od apelu. Następnie duchowni kierowani byli do niewolniczej pracy w gospodarstwie hrabiego Limburga Striuma w Ratajach. Na początku listopada 1939 roku do internowanych w Górce Klasztornej dołączyli duchowni z okolicznych parafii. Między innymi proboszczowie z Łobżenicy, Wysoki, Bądecza i Bługowa. Ponadto dwaj zakonnicy czasowo przebywający u rodziny. Mniej więcej w tym samym okresie do więzienia w Łobżenicy trafiali m.in. przedstawiciele polskiej inteligencji z tej części Krajny.

Eksterminacja duchowieństwa z obozu w Górce Klasztornej rozpoczęła się 9 listopada 1939 roku. Tego dnia powieszono br. Bernarda Jabłońskiego. Miejscem jego kaźni stał się las położony w pobliżu szosy prowadzącej do Złotowa. Przyczyną egzekucji była pomoc udzielana innym duchownym przy wybieraniu ziemniaków. Wykonawcą wyroku był Heinrich Bromber z Łobżenicy. Zatwierdził go Harry Schultz.

Na terenie Sanktuarium pozwalano duchownym celebrować Msze święte. 22 października 1939 roku miało miejsce ostatnie publiczne nabożeństwo z udziałem wiernych. Odprawił je ks. Wincenty Tomasz. Po utworzeniu obozu Msze św. celebrowane były już tylko w gronie duchownych. Ostatnia miała miejsce w dniu Święta Niepodległości - 11 listopada 1939 roku. Następnego dnia około drugiej w nocy zbudzono duchownych, dając im około trzech minut na wyjście na zewnątrz. Malkontentów poganiano biciem. Po sprawdzeniu listy obecności skrępowano im ręce i kazano wejść na pakę samochodu. W trakcie rozgrywania się tych scen nieudaną próbę ucieczki podjął ks. Bolesław Wysocki, który został przez Niemców zastrzelony.

Droga na egzekucję biegła przy jeziorze Luchowskim. To właśnie do niego eskortujący więźniów członkowie Selbstchutzu wrzucili krzyże misyjne, które nosili duchowni z Górki Klasztornej. Ten fakt potwierdzają znaleziska, które miały miejsce tuż po wojnie. Miejscem egzekucji były piachy Paterka koło Nakła nad Notecią. Zamordowano w tym miejscu m.in. br. Stanisława Biedrzyckiego (pochodził z Radawnicy), ks. Wincentego Tomasza (urodził się we wsi Piesno), br. Franciszka Gurdę (pochodził z Bądecza) i dziesiątki innych duchownych. W Paterku umierały również osoby, które były przetrzymywane w więzieniu w Łobżenicy. Polaków rozstrzeliwano lub mordowano w inny sposób (np. przy użyciu szpadla). Cudem uniknął śmierci ks. Buławski, który przekonał eskortujących go członków Selbstschutzu o tym, że w przeszłości wykonał szereg pozytywnych gestów wobec ludności niemieckiej.

Wymordowanie duchowieństwa z Górki Klasztornej nie zakończyło działalności obozu. Kolejnymi ofiarami były osoby świeckie, które przewieziono do opustoszałego klasztoru. Niektóre z nich bito w refektarzu klasztornym do tego stopnia, że ściany były zabryzgane krwią. Inną torturą było układanie więźniów na specjalnie wyciosanym pniu w kształcie litery „V” i następnie okładanie ich do utraty przytomności. Sadystycznym zachowaniom towarzyszyły często dewiacje. Na przykład dziewczętom kazano biegać nago po ogrodzie klasztornym, szczując je przy tym psami. Dręczenie wieńczyło rozstrzeliwanie ofiar m.in. na terenie Górki Klasztornej. Niektóre osoby nie umierały natychmiast. Czasami ciężko rannych zakopywano żywcem. W okrutny sposób mordowano również dzieci. Harry Schultz rozstrzelał przynajmniej jedno z nich osobiście, trzymając podczas egzekucji za nóżkę głową w dół. Nie oszczędził też noworodka, którego urodziła tuż przed egzekucją zestresowana matka. Niemiec wkopnął dziecko do dołu śmierci i zaraz potem zastrzelił kobietę.

Przytoczone przykłady nie stanowiły jeszcze apogeum zezwierzęcenia Harrego Schultza i jego podwładnych z Selbstschutzu. To nastąpiło w trakcie egzekucji Anny Jaworskiej. Kobieta pochodziła ze Skica koło Złotowa (jej panieńskie nazwisko brzmiało Nowicka). Była patriotką, co potwierdza chociażby udział w Powstaniu Wielkopolskim. W chwili wybuchu II wojny światowej mieszkała w Liszkowie. Właśnie w tej miejscowości została zatrzymana przez Niemców. Stało się tak m.in. za sprawą obszarnika pruskiego von Witzlebena, z którym była mocno skonfliktowana (spór zahaczył nawet o polski sąd). W listopadzie 1939 roku kobietę wraz z mężem przewieziono do Górki Klasztornej. Mężczyznę rozstrzelano. Egzekucję kobiety przeprowadzono zaś w niewyobrażalnie okrutny sposób. Pomocnikami w jej przeprowadzeniu byli Żydzi, którzy wcześniej przebywali w obozie w Lipce koło Złotowa. Obiecano im w zamian darowanie życia. Kobiecie przywiązano liny do nóg. Dwie grupy Żydów (po pięciu z każdej strony) ciągnęły je w przeciwnych kierunkach. Przyglądał się temu Harry Schultz, który podczas tych makabrycznych scen świecił reflektorem w krocze kobiety. Szczątki rozerwanej żywcem Jaworskiej wrzucono później do dołu, Żydów zaś rozstrzelano. Należy dodać, że świadkiem wielu z tych makabrycznych scen był więzień Jan Topór, który cudem uniknął śmierci w Górce Klasztornej i Dachau.

Selbstschutz Westpreuesssen został rozwiązany 26 listopada 1939 roku. Miało to miejsce podczas uroczystego apelu w Bydgoszczy. Wielu byłych członków Selbstschutzu zaliczyło „awans” i trafiło do SS, Policji Porządkowej lub przybudówek partii nazistowskiej. Być może właśnie tego rodzaju drogą podążył Harry Schultz. Świadkowie zapamiętali bowiem, że po rozwiązaniu Selbstschutzu chodził w mundurze SS i pełnił funkcję z-ca naczelnika więzienia w Łobżenicy. Pewnym faktem jest, że 21 lutego 1940 roku ożenił się z Martą Gonschorek. Prawdopodobnie nie była to jednak wielka miłość z jego strony, mimo że zaowocowała przyjściem na świat syna. Taki wniosek można wysnuć chociażby z faktu, że w styczniu 1940 roku, a więc na krótko przed ślubem, dopuścił się gwałtu na nieletniej mieszkance Łobżenicy.

Wiosną 1940 roku władze niemieckie aresztowały Schultza pod zarzutem zbrodni rasowej, która polegała na kontaktach seksualnych z Żydówkami i Polkami. Za ten czyn został skazany na 15 lat ciężkiego więzienia. Schultz nie odbył jednak całości wyroku, bo zgłosił się do służby w Wehrmachcie i opuścił więzienie w Koronowie. Nie udało się dotrzeć do informacji, które mówiłyby o przebiegu jego służby w tej niemieckiej formacji zbrojnej.

8 maja 1945 roku Niemcy formalnie przegrały wojnę. Harry Schultz znalazł się w gronie pokonanych. Dodatkowo obarczało go piętno zbrodniarza wojennego. To właśnie sprawiało, że musiał się ukrywać. Jako Henryk Szulc czynił to głównie na terenie Pomorza Zachodniego. Między innymi w okolicach Słupska i Szczecina. W oficjalnych dokumentach występował jako syn Ernesta i Ludwiki z Radzikowskich. Potrzebne dokumenty wyrobił dzięki zeznaniom bliżej nieznanych świadków, którzy potwierdzili przed sądem, że mówił prawdę. Dla lepszego kamuflażu zbudował również wokół siebie mit osoby prześladowanej przez Niemców. Posługiwał się przy tym legendą, że był więźniem obozów koncentracyjnych.

Dlaczego wzorem innych niemieckich zbrodniarzy Schultz nie uciekł za Odrę? Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Być może po prostu nie miał takich możliwości. Niewykluczone też, że wpływ na tego rodzaju decyzję miał fakt pozostania w Łobżenicy żony i potomka. Czy utrzymywał w tym czasie jakąś formę kontaktu z rodziną? To kolejne pytanie bez odpowiedzi. Istnieją za to poszlaki, że miały one miejsce po wyjeździe Marty Gonschorek wraz z dzieckiem do Niemiec. Schultz miał znajomego o nazwisku Jabłoński. To właśnie na jego nazwisko przychodziły listy zza Odry, których prawdziwym adresatem był Harry Schultz (odbierał je później osobiście). Niewykluczone, że ich autorką była właśnie Marta Gonschorek. Wskazywać na to mogą chociażby miłosne zwroty zawarte w nagłówkach. Interesujący jest również fakt, że w jednym z nich znalazła się sugestia, że Schultz przebywa w bliżej nieokreślonym obozie jenieckim.

Niemiecki zbrodniarz był niewątpliwie niezwykle ostrożny. Zapewniło mu to względne bezpieczeństwo w pierwszych latach po wojnie. Nie ustrzegł się jednak błędów w czasie apogeum stalinizmu na ziemiach polskich, które przypadło na lata 1949 -1953. Okres ten cechowała ogromna inwigilacja obywateli, w którą rzecz jasna wpisywała się działalność komunistycznej agentury. Jej ofiarą padł również Harry Schultz. Jego czujność osłabiła także miłość do kobiety. W 1949 roku związał się bowiem z repatriantką z Wilna. Zawarł z nią nawet ślub kościelny. Owocem tego związku był syn. To zapewne jego narodziny sprawiły, że Schultz zapragnął zawrzeć ślub cywilny. W tym celu podjął starania o zdobycie dokumentów, które ostatecznie uwiarygodniłyby jego tożsamość. „Byciu w cieniu” nie sprzyjał też rozwój zawodowy Schultza, który raz po raz piął się w górę po szczeblach kariery. Między innymi w 1952 roku trafił z Zespołu PGR Łagiewniki na stanowisko starszego referenta obrotu ziemiopłodami w Okręgowym Zarządzie PGR Szczecin - Północ. Prawdopodobnie stało się to za sprawą bliskiego przyjaciela i zarazem przełożonego Schultza z Łagiewnik. Tego rodzaju protekcja mogła rzecz jasna wywołać odruchy zawiści u niektórych pracowników PGR i przełożyć się np. na donosy do „bezpieki”. W parze z rozwojem kariery szły też częste wyjazdy w teren oraz nawiązywanie licznych kontaktów towarzyskich. Nie sprzyjało to również w żaden sposób zachowaniu anonimowości. Na dodatek wśród poznawanych osób były też i takie, które władza ludowa uznawała za wrogi element (np. były żołnierz Armii Andersa). Na to wszystko nakładało się to, że Schultz zajmował kierownicze stanowisko w branży, w której bardzo często „bezpieka” doszukiwała się wrogiej działalności, szkodnictwa itp.

Szczególne zainteresowanie Harrym Schultzem ze strony komunistycznych organów ścigania datuje się prawdopodobnie od 1951 roku. Wówczas to założono na niego sprawę o kryptonimie „Zdrajca”. Prowadził ją Powiatowy Urząd Bezpieczeństwa Publicznego z miejscowości Łobez. Wynikało to z faktu, że Schultz mieszkiwał wówczas na tym terenie. Z dokumentów wynika, że początkowo dochodzenie poruszało się głównie po torze ewentualnej współpracy Schulza z obcym wywiadem. W toku śledztwa „bezpieka” przejęła m.in. listy wysłane z Niemiec na adres Jabłońskiego. Przekazał je do wglądu informator o ps. „Halszka”. Na ich podstawie funkcjonariusze założyli, że Schultz mógł być w okresie II Rzeczpospolitej niemieckim agentem. Poprzez wykonanie szeregu innych czynności ustalili również, że prawdopodobnie posługuje się fałszywymi danymi. Podejrzewano, że nazywa się Zylowicz lub Zylowski. Planowano też przeprowadzenie wobec niego prowokacji, która miała polegać na załatwieniu „lewych” dokumentów wojskowych z RKU w Gryficach (przez informatora „bezpieki” o pseudonimie „Halszka”). Prawdopodobnie jednak zaniechano tej czynności ze względu na to, że Schultz wszczął procedurę uzyskania potrzebnych mu dokumentów poprzez Sąd Powiatowy z siedzibą w miejscowości Łobez.

Nieoczekiwany zwrot w sprawie Schulza nastąpił jesienią 1952 roku. W październiku do Zespołu PGR Łagiewniki przyjechał służbowo Antoni Warpiński. Mężczyzna w latach 1934-1940 mieszkał w Łobżenicy. Po zakończeniu wojny był zaś kierownikiem gorzelni w miejscowości Resko. Traf chciał, że w Łagiewnikach kontrolę przeprowadzał w tym czasie Harry Schultz. Warpiński rozpoznał go natychmiast. Pamiętał bowiem doskonale razy zadawane mu bykowcem 22 września 1939 roku w łobżenickim więzieniu. Z nieznanych powodów zwlekał jednak z powiadomieniem komunistycznych organów ścigania. Uczynił to dopiero na początku grudnia 1952 roku w Resku, składając zeznanie funkcjonariuszowi MO Władysławowi Osenko. Ten natychmiast zawiadomił swoich przełożonych.

Pierwsze czynności wyjaśniające w sprawie Schultza przeprowadziła Komenda Wojewódzka Milicji Obywatelskiej w Szczecinie, która wysłała pisma do KPMO w Złotowie. Zawierały one polecenie przesłuchania mieszkańców powiatu złotowskiego - świadków zbrodniczej działalności Schultza. Wśród nich był Mieczysław Nowacki – pracownik PRN w Złotowie. Oczywiście liczba przesłuchiwanych stopniowo rosła. Zebrany wstępnie materiał dowodowy sprawił, że 28 lutego 1953 roku Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego w Szczecinie wszczął śledztwo w sprawie przynależności Harrego Schultza do SS oraz brania udziału w egzekucjach Polaków w okresie II wojny światowej. Wiązał się z tym wniosek o aresztowanie i przeprowadzenie rewizji. Czynności te zostały wykonane 3 marca 1953 roku. Dwa tygodnie później sprawa została przekazana WUBP w Bydgoszczy i tamtejszej prokuraturze. Harrego Schultza przewieziono na teren więzienia w tym mieście. Dochodzenie w jego sprawie zostało zamknięte 25 kwietnia 1953 roku. Dzień później sporządzony został akt oskarżenia.

Publiczna rozprawa przed Sądem Wojewódzkim w Bydgoszczy odbywała się w dniach 14 -17 lipca 1953 roku w Nakle nad Notecią. Przewodniczył jej sędzia H. Zawadzki. W  trakcie rozprawy przesłuchanych zostało kilkunastu świadków, głównie mieszkańców Łobżenicy i jej okolic. W toku procesu Harry Schultz przyznał się do winy. Co więcej, w ostatnim słowie stwierdził, że „żadne kary na niego nałożone nie będą wstanie pokryć się z jego czynami. A jedynie najwyższy wymiar kary będzie pokrywał część jego przestępstw.” Można przyjąć też z dużym prawdopodobieństwem, że Schultz dużo wcześniej pogodził się ze swoim tragicznym położeniem. Świadczy o tym chociażby list, który wystosował do swojej drugiej żony w dniu 3 maja 1953 roku. Przyznał się w nim do dokonanych zbrodni. Jednocześnie przeprosił kobietę, że zataił przed nią prawdę o swojej przeszłości. Prosił w nim również o zaprzestanie wydawania pieniędzy na jego obronę. Szczególnie ujmująco brzmią słowa, które dotyczą jego syna. Prosił w nich bowiem o jego wychowanie na prawego i uczciwego człowieka. Także przyzwyczajenie go, że ojca już nie ma.

Harry Schultz z pokorą przyjął orzeczenie Sądu Wojewódzkiego w Bydgoszczy z dnia 17 lipca 1953 roku, który uznał jego winę w całości i skazał go na podstawie art. 1 pkt. 1, 2 i 4 Dekretu z 31 sierpnia 1944 roku na karę śmierci. Wyrok ten podtrzymał 1 grudnia 1953 roku Sąd Najwyższy. 7 grudnia 1953 roku Harry Schultz zwrócił się do Rady Państwa o zastosowanie prawa łaski. W uzasadnieniu raz jeszcze przyznał się do zbrodni. Prosił o łaskę jedynie ze względu na syna. Pismo zakończył słowami: „Aby mój syn nie wszedł w przyszłości na drogę swojego ojca, ojca który zupełnie słusznie zasłużył na taką karę jaką mu wymierzono.” Ta ostatnia próba zachowania życia okazała się bezskuteczna. 22 lutego 1954 roku wyrok został wykonany. O godzinie 18:44 Harry Schultz zawisł na szubienicy w więzieniu w Bydgoszczy. Kwadrans później lekarz więzienny stwierdził zgon. Ostatnia prośba skazańca dotyczyła przekazania żonie jego płaszcza i rękawiczek.

Kim był Harry Schultz? Niewątpliwie człowiekiem, który przez kilkadziesiąt dni swego życia upadł moralnie do tego stopnia, że dziś bez cienia przesady można nazwać go „bestią z Łobżenicy”. Czy jednak był nią przez całe życie? Można założyć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że nie. Był przecież człowiekiem zdolnym, kreatywnym i przedsiębiorczym. Potrafiącym również prawdziwie kochać innych. Umiał też rozróżnić dobro i zło. U kresu swojego życia nie bronił się przecież stwierdzeniem, tak popularnym wśród wielu Niemców, że tylko wykonywał rozkazy. Właściwie oceniał swoje zbrodnicze zachowania. Nie szukał dla nich banalnego usprawiedliwienia. Oczywiście jego samego także nie należy usprawiedliwiać. Raczej przedstawiać jako przykład upadku. Jego życie znakomicie obrazuje bowiem niebezpieczeństwa, które niosą ze sobą lewicowe ideologie. Nie ma przy tym znaczenia ich nazwa. Nazizm, komunizm, tęczowy neomarksizm itd. Wszystkie one uaktywniają bowiem najmroczniejsze zakamarki ludzkiego wnętrza, dając wprost przyzwolenie dla zła i doprowadzając w konsekwencji do ludzkiego upadku, o tragicznych konsekwencjach dla świata nie wspominając. Na szczęście jest też antidotum na lewicowe mrzonki. To wartości chrześcijańskie. Dokonując życiowego wyboru należy o tym pamiętać. Mieć także na względzie doświadczenia takich ludzi jak Harry Schultz.

 

Piotr Tomasz

(Krajenka)

kontakt z autorem: [email protected]

źródła

T. S. Ceran, Paterek 1939, Bydgoszcz – Gdańsk – Warszawa 2018

ks. Zachariasz Kruża, Swastyka nad Górką Klasztorną, Górka Klasztorna 1987

T.S, Ceran, Zbrodnia Pomorska 1939, Bydgoszcz – Gdańsk – Warszawa 2019

pod redakcją Izabela Mazanowska, Tomasz Ceran, Marcin Przegiętka, W cieniu Einsatzgruppen – volkdeutscher Selbstschutz w okupowanej Polsce 1939 -1945, IPN Warszawa 2021

Akta z procesu Harrego Schultza By 112/456

Akta śledcze w sprawie działalności Selbstchutzu i SS w Łobżenicy i Paterku By 070/3435

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Piotr Tomasz

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu 77400.tv z siedzibą w Złotowie jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe