Przejdź do głównych treściPrzejdź do wyszukiwarkiPrzejdź do głównego menu
niedziela, 25 października 2026 11:57

Gra z butelką krajeńskich towarzyszy

Podziel się
Oceń

"Pić to trzeba umieć" – mówił Eryk (Jan Nowicki) do Synka (Cezary Pazura) w kultowym filmie "Sztos" (1997). O tej prawdzie zapewne nie pamiętał pewien członek partii komunistycznej z Krajenki, który "z "syndromem Aleksandra Kwaśniewskiego" pojawił się w budynku krajeńskiego komitetu PZPR. Rzecz miała miejsce wiosennego poranka w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku.

Bohaterowie tej groteskowej opowieści, mowa o działaczach partii komunistycznej (PZPR), w większości już odeszli z tego świata. Warto zauważyć, że krótko przed śmiercią okupowali pierwsze ławki w kościołach. Tak to już bowiem jest z lewicą. Jej przedstawiciele najpierw promują chore idee, by u kresu życia samemu wrócić do źródła prawdy. Oczywiście wyrządzonych krzywd już nie są w stanie naprawić. Taki już urok tych synów marnotrawnych. Odnosi się to rzecz jasna do każdej epoki.

Andrzej M., główny bohater tej opowieści, jest obecnie na emeryturze. Cieszy się uznaniem lokalnej społeczności, w tym i duchowieństwa. 45 lat temu był jednak po zupełnie innej stronie. Każdego dnia bowiem, z gorliwością radzieckiego pioniera, przystępował do partyjnej roboty w PZPR. Niewątpliwie rysowała się przed nim świetlana przyszłość. Może nawet zostałby członkiem KW PZPR w Pile. Stanęło temu jednak na przeszkodzie pewne wydarzenie.

Mowa tu o wizycie milicjanta, który zmroził socjalistyczny zapał Andrzeja M. I tu zagadka, bo materiały archiwalne nie zawierają informacji do jakiej temperatury. Wina w  tym głównie funkcjonariusza MO, który użył niewłaściwego narzędzia do jej pomiaru. Alkomatem bowiem nijak tego zrobić się nie da. Milicjant musiał jednak zdiagnozować u Andrzeja M. jakiś rodzaju hipotermii, bo ten powędrował na urlop zdrowotny. Na tym nie koniec historii.

Badać towarzysza bez zgody egzekutywy? Nie godzi się! Dlatego odgłosy butów gniewnych ludzi zabrzmiały doniośle w całej Krajence. W sumie należy to przedstawić bardziej ściśle. Do miejscowego komitetu PZPR przybyli towarzysze, których protezy w ustach i resztki uzębienia symbolizowały, że gryźli swego czasu antykomunistyczną reakcję. Towarzyszył im oczywiście i narybek partyjny. Mowa m.in. o tzw. POP-ach. Nie chodzi tu rzecz jasna o prawosławnych duchownych, a jedynie młodych aktywistów partyjnych, którzy rozsiewali komunistyczną "religię" po szkołach i zakładach pracy w okresie Polski Ludowej. Co typowe dla lewicy, wielu z nich uległo duchowej przemianie wraz z transformacją ustrojową 1989, a efekty tego cudu widoczne były w pierwszych ławkach w kościele św. Józefa w Krajence. 

Jak zawsze pierwszy na miejsce obrad dotarł najstarszy towarzysz w regionie - weteran walk o Polskę Ludową. Miał on w zwyczaju zanudzać słuchaczy opowieściami o swoim udziale w wojnie, która bez jego udziału zapewne skończyłaby się zupełnie inaczej. Wszak to on "chwyciwszy szpadel z fryca robił marmoladę albo za pomocą kija oddział szwabów powybijał". Tego dnia nie miał jednak szczęścia, bo dość szybko zakończył swoje opowiadania z czasów wojny i budowy Polski Ludowej. Przerwał mu głos najważniejszego towarzysza w mieście, towarzysza Stanisława P., który grzmiał: - Nie może być tak, ze milicja będzie ponad partią, to beriowszczyzna!

Przypuszczalnie te słowa zjeżyły włos nawet na niemal łysych głowach niektórych towarzyszy. Z pewnością nie odebrały im jednak daru mowy. Przykładem towarzysz Jan W., który zakrzyknął w stronę Stanisława P. w ówczesnej nowomowie: - Macie rację! Inni partyjni kamraci byli podobnego zdania. Dlatego Stanisław P. pociągnął dalej swoje przemówienie. Zakończył je dopiero po około godzinie, gdy twarze słuchających go towarzyszy przybrały, z wiadomych względów, kolor partyjnego sztandaru. Puenta brzmiała:  - Reakcja zarzuca komunizmowi, że pożera własne dzieci i w naszym przypadku to się potwierdza. 

Elokwencji Stanisławowi P. wyraźnie pozazdrościł Jan S. - w tym okresie hodowca "narybku dla partii" w miejscowej szkole średniej. Postanowił bowiem też "palnąć mowę". Kłopot w tym, że był flegmatyczny i nie porwał tłumu. Na dodatek podpadł towarzyszom, którzy feralnego dnia "pracowali" z Andrzejem M. Wycedził bowiem w ich kierunku: - Winiłbym tam obecnych, że zezwoli, żeby bez przedstawicieli władz wojewódzkich doszło do dmuchania w balon". 

Zapanowała konsternacja, którą przerwał jeden z krajeńskich towarzyszy. Można wysnuć domniemanie, że w tym momencie zstąpił na niego duch Stalina lub samego Lenina. W każdym razie wyraźnie czuć było, że mówi językiem nie z tej epoki. Na sali rozniosły się słowa: - Myślę, że towarzysze mogą rozpatrywać tą sprawę w kategoriach prowokacji. A skoro prowokacja, to trzeba znaleźć winnych i osądzić. 

Tok rozumowania krajeńskich towarzyszy był na ten moment taki. Andrzej M. jest ofiarą, alkomat narzędziem zbrodni, a milicjant płatnym zabójcą. Pozostało ustalić prowokatora - zleceniodawcę zbrodni. W związku z tym postanowiono przesłuchać Andrzeja K - działacza KW PZPR w Pile, który akurat gościł na zebraniu. Czerwony jak robotniczy sztandar towarzysz, który przybrał te barwy z wiadomych względów, bardzo szybko puścił nie tylko "parę z ust". - Towarzysze, zwrócił się do zebranych, jest tu człowiek, który posiada wiele informacji, wie o wszystkim, nawet o imprezach rodzinnych i co się na nich dzieje, które przekazuje dalej. Te słowa rzecz jasna wywołały na sali ogromne poruszenie. Wstrząsnęły nawet flegmatycznym tow. Janem S., który zagrzmiał:  – Trzeba przyjrzeć się ewentualnym informatorom! 

Kto mógł zostać posądzony o ten niecny czyn? Otóż każdy z krajeńskiego środowiska PZPR. Taki kierunek był oczywiście bardzo niebezpieczny. Atmosfera zaczęła się wyraźnie zagęszczać. Istniało nawet niebezpieczeństwo, że za chwilę poleje się krew, bo przecież na sali był krewki weteran walk o Polskę Ludową, co to przy mocy kija... Zagrożenie w porę zauważył jednak Stanisław P., który postanowił skierować dyskusję na pierwotne tory. Zatem ponownie na sali zagrała melodia rozczulania się nad torturowanym alkomatem towarzyszem Andrzejem. W tym chórze szczególnie mocno zabrzmiał głos młodzieżowego aktywu. Nie były to co prawda poznańskie słowiki, ale na miano lokalnych kani zasłużyli w 100%. – Naszym obowiązkiem, obowiązkiem całej partii jest wychowywanie ludzi. Chyba nikt tu z obecnych nie ma wątpliwości, że towarzysz Andrzej jest oddany sprawie partii, zaćwierkał najdonioślej Henryk K., który w III RP bywał wybrańcem narodu. 

A jak partia wychowywała w tamtym czasie? Były pałki, gaz na ulicach i inne tego typu przyjemności. Oczywiście towarzysz partyjny to był też czasami ludzki pan. Znalazło to odzwierciedlenie w słowach wypowiedzianych na omawianym zebraniu: - Działanie milicji jest dla nas niezrozumiałe, naczelnik czy sekretarz będąc u rolnika musi się napić symbolicznej lampki wina, aby nie dopuścić do awantury. Alkoholowy temat podciągnął również flegmatyczny Jan S., który zapewne spoglądając w stronę działacza KW PZPR z Piły, powiedział: - A gdyby tak ktoś zadzwonił, że w KW PZPR w Pile ktoś pije...

Właśnie w tym momencie miarka się przebrała. Towarzysz Andrzej "K", czyli  gość z KW PZPR w Pile, nie mógł sobie pozwolić na tego rodzaju wycieczki. Tym bardziej, że w tzw. "wojewodówce" na Wąsoszkach, a więc tylko dwa kilometry od Krajenki, znajdowała się specjalna strefa dla zasłużonych towarzyszy, w której nie tylko promile rozkładały nogi. Przerwał więc niebezpieczną dyskusję i rzucił twardo:  - Kogo towarzysze proponujecie na wakujące stanowisko? 

Ta wojna nerwów ostatecznie zakończyła się kompromisem. Głowy nie poleciały, krew się nie polała. Towarzysz Andrzej M. zaliczył come back na swoje stanowisko. Dożył zmiany ustrojowej i nadal cieszy się uznaniem. Również inni towarzysze doskonale poczuli się w III Rzeczpospolitej. W całej historii nieznany pozostaje jedynie los milicjanta i jego informatora. A szkoda. Można wszak napisać, że byli Konradami Wallenrodami, że rozsadzali komunizm od środka. Pomnik im się należy. Oczywiście to żart. Taki sam zresztą jak słowa aktorki Szczepkowskiej, która swego czasu bredziła, że w 1989 roku skończył się w Polsce komunizm.

na podstawie akt PZPR w Krajence (Archiwum Państwowe w Poznaniu)

 

 


Napisz komentarz

Komentarze

SSobie, a muzom 14.06.2024 07:29 PM
I kogo to?

Temperatura: 8°C Miasto: Złotów

Ciśnienie: 999 hPa
Wiatr: 27 km/h

Reklama Marcin Porzucek - Poseł na Sejm RP
KOMENTARZE
Autor komentarza: Głupszy głupek Treść komentarza: A teraz najwyraźniej wzięli na cel radną Martę, która kiedyś na sesji rzuciła kilka cierpkich słów w kierunku redaktora nie mówiąc kogo ma na myśli, ale i tak wszyscy wiedzieli. A gdy już bez mikrofonu w kuluarach obrad to rozwinęła, nie wiedziała że ma za plecami radną Mariolkę :( Data dodania komentarza: 25.10.2026, 10:16 Źródło komentarza: „Samozwańczy” szeryf rusza na radnych Autor komentarza: Głupek Treść komentarza: Triumwirat dziennikarz-strażak-milicjant i ich metody rodem z czasów SB, które sprawdziły się w przypadku byłego burmistrza Adama Pulita. Próbowali go zaszczuć, burmistrz Pulit się nie dał, ale zniechęcił się do dalszej pracy na rzecz Złotowa. W tej kadencji przez dwa lata obrabiali radnego Kopinke, bo zaczął być kojarzony w mieście z działalnością dobroczynną, czym niechybnie wszedł w paradę pewnej znanej fundacji. Proste, logiczne, oczywiste Data dodania komentarza: 25.10.2026, 10:04 Źródło komentarza: „Samozwańczy” szeryf rusza na radnych Autor komentarza: 6/11 Treść komentarza: Chatgpt? Data dodania komentarza: 23.10.2026, 23:30 Źródło komentarza: „Samozwańczy” szeryf rusza na radnych Autor komentarza: "Samozwańczy szeryf" Treść komentarza: Panie ??? nie dziennikarz a OBOWIĄZEK DZIENNIKARZA To zagadnienie w polskim prawie jest ściśle powiązane z wymogiem zachowania szczególnej staranności i rzetelności dziennikarskiej. Zasada ta potocznie bywa nazywana regułą „niech zostanie wysłuchana i druga strona”. Oto szczegóły prawne: 1. Jaki to akt prawny i artykuł? • Ustawa: Ustawa z dnia 26 stycznia 1984 r. – Prawo prasowe (Dz.U. 2018 poz. 1914 z późn. zm.). • Przepis: Art. 12 ust. 1 pkt 1. 2. Treść przepisu Art. 12 ust. 1 pkt 1 Prawa prasowego: „Dziennikarz jest obowiązany zachować szczególną staranność i rzetelność przy zbieraniu i wykorzystaniu materiałów prasowych, zwłaszcza sprawdzić zgodność z prawdą uzyskanych wiadomości lub podać ich źródło”. 3. Jak sądy interpretują ten obowiązek? Choć sam artykuł nie używa wprost słów wysłuchanie obu stron, Sąd Najwyższy oraz sądy powszechne jednolicie przyjmują, że obowiązek ten wprost wynika z nakazu zachowania szczególnej staranności i rzetelności. W praktyce orzeczniczej oznacza to, że: 1. Obowiązek kontaktu ze stroną krytykowaną. Przed publikacją materiału o charakterze krytycznym, śledczym lub zarzucającym komuś niewłaściwe postępowanie, dziennikarz ma prawny obowiązek skontaktować się z tą osobą, instytucją i umożliwić jej ustosunkowanie się do zarzutów. 2. Wyłączenie bezprawności. Jeśli dziennikarz rzetelnie próbuje wysłuchać drugiej strony np. wysyła pytania z odpowiednim czasem na odpowiedź, wypełnia swój obowiązek staranności. Nawet jeśli druga strona odmówi komentarza lub go zignoruje, dziennikarz ma prawo opublikować materiał, zaznaczając, że podjął próbę kontaktu. 3. Konsekwencje braku próby kontaktu: Zaniechanie próby wysłuchania drugiej strony przed publikacją jest traktowane przez sądy jako niedochowanie staranności dziennikarskiej. W przypadku procesu o ochronę dóbr osobistych np. z art. 24 Kodeksu cywilnego przeważnie decyduje to o przegranej dziennikarza lub wydawcy. CDN.. Prawdę bardzo wyraźnie słychać. A w temacie to jest podejrzenie „Niedopełnienia obowiązków przez funkcjonariusza publicznego” przez niektórych radnych miasta Złotów a dotyczy znanego od dawna tematu Data dodania komentarza: 23.10.2026, 14:41 Źródło komentarza: „Samozwańczy” szeryf rusza na radnych Autor komentarza: ja to rozumiem Treść komentarza: Posrałeś się Kamil ze strachu! Data dodania komentarza: 22.10.2026, 20:50 Źródło komentarza: Wielka farma słoneczna i potężne wiatraki. Zalesie, Pieczynek i Zawilce przed wielką zmianą Autor komentarza: Sojourner Treść komentarza: W aktualnościach robili z tego dziadygi księcia na białym koniu. Pach, trach i okazało się, że on jeździ na takim koniu, co to ma tylko łeb doczepiony do kanciastego kija. Jak się na to mówi? Lajkoń...? Lajkonkiewicz? Lajkonkierwicz? Lajkoronkiewicz? Jakoś tak chyba, co nie? Data dodania komentarza: 22.10.2026, 20:45 Źródło komentarza: Wielka farma słoneczna i potężne wiatraki. Zalesie, Pieczynek i Zawilce przed wielką zmianą