Uwaga, Czytelnicy! Zanim przejdziecie do lektury, mamy do Was gorącą i absolutnie obowiązkową prośbę: włączcie fragment wideo z ostatniej sesji Rady Miasta, aby zapoznać się z kontekstem sprawy, którą poruszamy.
Szczególną uwagę podczas seansu radzimy zwrócić na postać Pana Przewodniczącego. Przyjrzyjcie się dobrze jego mowie ciała, bo dzieją się tam rzeczy z zakresu metafizyki i mechaniki kwantowej! Pamiętacie jeszcze te czasy, czyli właściwie sytuację do ostatniej sesji, kiedy Przewodniczący działał jak gilotyna, jak satrapa? Gdy tylko wyczuł jakąkolwiek „lipę” w intencjach mówcy, potrafił bez mrugnięcia oka nie udzielić głosu lub błyskawicznie wyłączyć mikrofon. A dzisiaj? Dzisiaj paraliżuje go jakaś siła wyższa, jakaś tajemna dla nas wiedza...
I ta słowna ekwilibrystyka! Przewodniczący wywołuje prelegenta, nazywając go najpierw „mieszkańcem”, by za chwilę, bez żadnego trybu, awansować go na „radnego”. O ile słowo „mieszkaniec” to wytrych (bo przecież mieszkańcem jest każdy, nawet osoba w kryzysie bezdomności), o tyle radny powinien mieć już twardy, społeczny mandat. W tym przypadku nasz bohater dostał mandat od Przewodniczącego tak po prostu, na zachętę! Bo jak ustaliliśmy, w rzeczywistości żadnego takiego mandatu nie posiada. No chyba, że sobie wydrukował, ale nic takiego nie widzimy w jego rękach.
Ale zostawmy semantykę, bo na naszej miejskiej scenie zaczyna się prawdziwy teatr. Postać „mieszkańca” z każdą minutą obserwowania sesji przestaje przypominać zwykłego przechodnia, który wpadł zapytać o nieodbierane śmieci, niedziałające oświetlenie czy koszty utrzymania amfiteatru. To doskonale zorganizowany prelegent i wyjątkowo bezczelnie panosząca się w nowomowie obecnego rządu postać! Gdy każe Radzie i uczestnikom obrad czekać na instalowanie swojej, jak sam twierdzi, „zespołowej” prezentacji, każe jeszcze pracownikowi biura rady przewijać ją ręcznie. Całe prezydium potulnie czeka, aż ekipa filmowa zainstaluje sprzęt do rejestracji jego pokazu. Tu otwiera się przysłowiowy scyzoryk w kieszeni: kim ty do cholery jesteś, żeby sobie tak folgować? Idąc dalej, widzimy, że w klapę „mieszkańca” dyskretnie wpięty jest mikrofon krawatowy, a w tle snuje się postać niezależnie ustawionego operatora z kamerą. Sala sesyjna w ułamku sekundy przestaje być miejscem stanowienia lokalnego prawa, a zamienia się w plan zdjęciowy! Przewodniczący usłużnie zarządza więc „przerwę techniczną”, a telewidzowie oglądający transmisję online zostają uraczeni blokiem plansz ogłoszeniowych. Po przerwie „mieszkaniec” wreszcie rozpoczyna swój przygotowany „zbiorowo” pokaz. Nie zostajemy poinformowani, co to za zbiorowość badała ten korporacyjny bełkot. Rzuca się jednak w oczy obraz, który odciąga od wsłuchiwania się w prezentowane brednie. Nieświadomych obserwatorów próbuje się naprowadzić na myśl, że ot po prostu, zwykły obywatel przyszedł na sesję i w punkcie zapytań mieszkańców postanowił zabrać głos. Taka jest wersja dla naiwnych. Nam jednak od samego początku coś tu bardzo, ale to bardzo śmierdzi.
Wystarczy spojrzeć na miny radnych i ich charakterystyczne, wymowne kiwanie głowami. Człowiek ma nieodparte wrażenie, że z ich piersi wyrywa się niemy krzyk: „Stop! Przerwijcie tę farsę!”. Ale nie mogą. Jakaś niewidzialna siła zasznurowała im usta i sparaliżowała całą salę, z jednym, jedynym wyjątkiem. Jedynym ostrym głosem odezwał się radny Masternak, który bez ogródek wyrzucił prelegentowi niedorzeczności zawarte w jego pokazie i twardo zażądał konkretów.
Niemniej naszym celem nie jest tu ocena samej treści czy merytoryki tej prelekcji. Chodzi o samą formę tego desantu w organizację sesji! W porządku obrad próżno szukać tego długiego punktu. Cały ten punkt programu wyglądał tak, jakby ktoś z ramienia urzędu przedstawiał kluczową strategię miasta, a nie jak standardowe wystąpienie obywatelskie. Zwykli mieszkańcy przychodzący ze swoimi problemami nigdy przecież nie dostają takiego instrumentarium, ekranów na wyłączność ani nieograniczonego czasu. Wręcz przeciwnie, zazwyczaj na każdym kroku Przewodniczący bezceremonialnie upomina obywateli, że mają już kończyć, że to nie miejsce na długie wywody i że należy szanować czas Rady. A tutaj? Żadnego upominania, żadnego ponaglania. Mieliśmy do czynienia ze sprawą absolutnie ekstraordynaryjną: bezprecedensowy przywilej i ogólny paraliż władzy w jednym momencie. Mówiąc po orwellowsku, okazuje się, że na naszej miejskiej fermie mamy do czynienia ze świnią równiejszą.
Mamy tu do czynienia z niebywałą i całkowicie niewyjaśnioną siłą, która działa w tle i po prostu nie pozwala prezydium na jakąkolwiek reakcję. Co tak naprawdę zaburzyło tę naszą miejską demokrację? Co zniszczyło ten nasz lokalny, co prawda mocno kabaretowy i trącący farsą, ale jednak utarty zwyczaj? Czuć tu w powietrzu zapach jakiejś siarczystej siły, która bezceremonialnie pogwałciła ten nasz zgrzebny, siermiężny ład. Zastanawia nas ta siła i nie odpuścimy. Będziemy drążyć, dopóki nie dowiemy się, kto pociągał za te sznurki! Ludzie, nie róbmy z mieszkańców głupków! Ta sytuacja nie miała dotąd precedensu, choć, powiedzmy sobie szczerze, na tej sali działy się już rzeczy niezwykłe.
I wtedy nastąpił przełom, który naprowadził nas na trop. Podczas wnikliwej obserwacji tego występku, prezentacja „mieszkańca” (co nigdy się nie zdarza, aby mieszkańcy mogli liczyć na taki techniczny przywilej) nagle została powiększona na pełny ekran rzutnika i dokładnie w takim formacie wyświetlona w oficjalnej transmisji. Nasz wzrok od razu powędrował w prawy górny róg obrazu. BINGO! Naszą uwagę przykuł tajemniczy symbol, nazwijmy go roboczo „kardioznacznikiem”, opatrzony napisem Złotów u dołu.

Czy to jest klucz do paraliżu Przewodniczącego? Czy to wyjaśnia, dlaczego osoby na sesji, do tej pory apodyktyczne i jasno stawiające na swoim, nagle zaczęły zachowywać się tak, jakby ktoś przystawił im pistolet do skroni? Czy ten malutki znaczek tłumaczy zachowanie pewnej radnej, która nagle wpadła w dziki entuzjazm i próbowała wywołać na sali owację na stojąco, a gdy to się nie udało, zaczęła pod niebiosa zachwalać ten korporacyjny bełkot wygłoszony przez „mieszkańca”?
Przejdźmy jeszcze na chwilę do analizy filmu z samej sesji. Przyjrzyjmy się bliżej postaci Pana Przewodniczącego, bo to, co wyprawiało jego ciało podczas zapowiedzi wystąpienia mieszkańca, zasługuje na osobną analizę psychologiczną. Pomijając już nawet całą gamę osobliwych dźwięków, jakie z siebie wydawał, jego mowa ciała zdradzała skrajny, wręcz nieobliczalny stres. Znamienny był zwłaszcza moment, w którym nagle zerwał się z krzesła, zupełnie tak, jakby chciał w popłochu wyskoczyć ze sterów, w które go wyposażono, i ewakuować się z sali. O panice świadczy również fakt, że na chwilę całkowicie zapomniał swojej roli: najpierw bezradnie o coś pyta panią Martę, by dopiero po chwili, jakby nagle przypomniał sobie, po co tam siedzi, udzielić głosu.
Wszystkie te sygnały jednoznacznie wskazują, że Przewodniczący doskonale wiedział, z kim ma do czynienia. Miał pełną świadomość, spod jakiego symbolu wywodzą się postacie na sali i że z pewnością nie są to zwykli mieszkańcy. Jego zachowanie wyraźnie pokazuje moment, w którym nagle urwała się dotychczasowa wolność i pewność siebie. Obecność ludzi reprezentujących tajemniczy kardioznacznik ewidentnie miotała jego myślami. Pan Przewodniczący zdał sobie sprawę, że swojska zabawa w samorząd właśnie się skończyła i nadchodzi... no właśnie, co?
Nie mieliśmy wyjścia. Brakowało nam innych poszlak, więc postanowiliśmy rozpracować to cyniczne zakłócenie obrad i bezczelne zajęcie czasu sesji miejskiej właśnie na podstawie tego jednego, małego detalu. Postanowiliśmy zrobić pełne rozpytanie wywiadowcze w terenie, bo nic innego nam nie pozostało.
Robimy więc krótką przerwę techniczną i wychodzimy w miasto! Zakładamy wygodne buty i idziemy prosto między ludzi, by rozpytać mieszkańców o ten tajemniczy kardioznacznik. Musimy wreszcie ustalić, co ten symbol naprawdę oznacza i jaką ukrytą siłę reprezentuje. Szczegółowo sprawdzimy, jakimi ścieżkami zdobędziemy tę wiedzę, by krok po kroku wyjaśnić ten cyniczny gwałt na obyczajach miejskiego sejmiku, który, przynajmniej do tego momentu, wydawał się w miarę niezakłócony.
Bądźmy szczerym i złośliwym lustrem: obecnej Radzie Miasta można zarzucić naprawdę wiele. Jest siermiężna, słaba merytorycznie i niedojrzała, a wielu radnym brakuje podstawowych cech, jakich oczekuje się od reprezentantów lokalnej społeczności, choćby umiejętności samodzielnej przemowy czy cywilizowanej odwagi do wyrażania własnego zdania. Mamy do nich długą listę zarzutów, ale na jedno nigdy nie pozwolimy: aby bez wyjaśnienia i bezkarnie ktoś z zewnątrz paraliżował i zakłócał miejską radę dla nieznanych nam jeszcze, powiedzmy to, celów.
Jak to zwykle w naszym mieście bywa, żywego ducha, ludzi na ulicach jak na lekarstwo. Po krótkim patrolu trafiamy wreszcie na pierwszą przechodnią. Podchodzimy z uszanowaniem, wyciągamy smartfona i pokazujemy na ekranie uchwycony w transmisji kardioznacznik. Reakcja? Błyskawiczna i absolutnie bezdyskusyjna. Kobieta odwraca się na pięcie, macha ostentacyjnie ręką i odchodzi, kręcąc z niedowierzaniem głową. Pod nosem posyła siarczystą wiązankę, co prawda większość słów zagłuszył wiatr, ale wyraźnie dało się wyłowić swojsko brzmiące słowo „rudy” oraz potoczną nazwę męskiego narządu rozrodczego. Dyplomacja na najwyższym poziomie.
Nie poddajemy się. Kolejna napotkana kobieta okazuje się już znacznie bardziej rozmowna. Pokazujemy jej zbliżenie tajemniczego logo z sejmikowej prezentacji. Ku naszemu sporemu zaskoczeniu, rozpoznaje ten symbol od razu! Niestety, na koniec jej wywodu również pada bezwzględne, wulgarne podsumowanie. Zyskujemy jednak bezcenny kontekst historyczno-społeczny.
Jak się okazuje, w początkowym okresie ludzie naiwnie identyfikowali ten znak z wielką obietnicą, wręcz całą serią świetlanych obietnic. Czas jednak zweryfikował te mrzonki i pokazał, jak bardzo mylna była to interpretacja. Ten symbol, który z daleka ma udawać troskliwe serce, w rzeczywistości okazuje się po prostu... czerwoną, zbitą dupą. I dokładnie tak należy go dzisiaj odczytywać.
A więc mamy to: do czerwonosci zbita dupa! Pewne poszlaki zaczynają układać się w spójną całość. Nic dziwnego, że sam radny Masternak podczas sesji od razu wyczuł, że ta cała prezentacja to jedna wielka ściema, wykrzykując to głośno jako jedyny na sali. To może też tłumaczyć zachowanie Przewodniczącego, kiedy gwałtownie podskoczył na krześle, zupełnie jakby ta piekąca, symboliczna, niczym fantomowa lub wyobrażona raniąca pamiątka wyrwała go jak ze snu, w którym odganiamy się przed niebezpieczeństwem.
Ale zaraz, zaraz... Skoro sprawa jest tak ewidentna, to co z nagłym zachwytem radnej Marioli? Jej dwojenie się i trojenie, dziki entuzjazm oraz próba wywołania aplauzu wskazują na zgoła odmienną reakcję na widok kardioznacznika i przybyłego spod niego „mieszkańca”. Czyżby radna widziała w tym symbolu coś zupełnie innego niż reszta?
Przystajemy na chwilę, by złapać oddech i zawiesić uliczne poszukiwania. Czas na telefon do przyjaciela. Dzwonimy do dobrze poinformowanych znajomych, a ci bez wahania wskazują nam konkretne osoby w Złotowie, które mogą wiedzieć o kardioznaczniku coś więcej. Kiedy się z nimi łączymy i naświetlamy sprawę, w słuchawce słyszymy najpierw... gromkie salwy śmiechu.
Gdy nasi rozmówcy wreszcie łapią oddech, tłumaczą nam z rozbawieniem, że im dzisiaj w Złotowie wszystko kojarzy się z tym feralnym logo. Im zaś kardioznacznik kojarzy się dobrze, ale wspominali o jakiejś giełdzie i 3 fazie. Wskazują jednak przy tym konkretny trop: ten zmyślny kardioznacznik może prowadzić do lokalnej szajki, której ślady wiodą gdzieś daleko, za lasy, za jezioro Piaskowe, za krzaki... I że jest to najzwyklejsza w świecie polityczna kampania pod przykrywką, uderzona dokładnie w tym samym, dobrze znanym mieszkańcom, odgrzewanym stylu.

Napisz komentarz
Komentarze